Wilhelm von Blandowski – odkrywca i jajcarz z Gliwic

Trzeba mieć nie byle jaką fantazję, żeby odstawić taką akcję, by jak kraj długi i szeroki opinia publiczna miała problem wybrać czy zbierać dolną szczękę z podłogi, czy tarzać się po tejże podłodze w konwulsyjnym śmiechu. Istnieją jednakże sprawdzone sposoby. Można to zrobić następująco: będąc członkiem bardzo szacownej rady zarządzającej równie szacownym wiktoriańskim Towarzystwem Filozoficznym w Melbourne wybrać się na zlecenie rządu tej brytyjskiej kolonii na wyprawę badawczą do dorzecza rzek Murray i Darling. Zebrać 28 skrzyń z ponad siedemnastoma tysiącami eksponatów dla Muzeum Historii Naturalnej w postaci rozmaitych gatunków zwierząt, w tym ogromnej ilości dotąd nieznanych i nieopisanych. Następnie skorzystać z przysługującego odkrywcy prawa nadania im nazw i dwa spośród eksponatów nazwać nazwiskami nielubianych prominentnych członków rady wspomnianego Towarzystwa z następującymi uzasadnieniami: „Bromius Bleasdalii [po wielebnym Johnie Bleasdale] – oślizgła, pokryta śluzem ryba. Żyje w błocie. Na brzuchu zabarwienie fioletowo-niebieskawe, w górnej części ciała brudno-oliwkowa z licznymi, nieregularnymi ciemnymi plamami” oraz „Cernua Eadesii [po doktorze Richardzie Eadesie] – ryba łatwo rozpoznawalna z uwagi na niskie czoło, wielki brzuch i ostre kolce”. Skandal w środowisku naukowym, zainteresowanie prasy i rozbawienie szerokiej publiki – gwarantowane. I tylko kariera może ucierpieć. Za to gazety napiszą. „Melbourne Punch”: „Rozumiemy, że dochodzenie w sprawie pana Blandowskiego i pewnych zastrzeżeń gastrycznych wciąż trwa. Dżentelmen, który skarżył się na oszczerczą insynuację, jakoby miał czarny brzuch z niebieskimi plamami, był przez pewnien czas badany, ale wyszedł z tego z nieskazitelną reputacją”. „Melbourne Argus”: „Ryba nazwana nazwiskiem doktora Eadesa opisana została jako posiadająca cofnięte czoło i wielki brzuch… Jeśli doktor jest niezadowolony ze swego brzucha i czoła – a ufamy, iż byłoby to całkowicie bezpodstawne – ani pan Blandowski, ani ryba pana Blandowskiego nie są odpowiedzialni za ów dyskomfort”.

Wielebny Bleasdale i jego ryba-imienniczka
Doktor Eades ze „swoją” rybą

Drugi z zacytowanych materiałów prasowych wspomina o panu Blandowskim i jego rybie. Nie bez przyczyny, albowiem owym odkrywcą a zarazem bohaterem niniejszej opowieści, czy jak kto woli sprawcą opisanego skandalu był Johann Wilhelm von Blandowski. Zwany w Australii Williamem Blandowskim naukowiec to nasz chłop. Ślązak. Na świat przyszedł 21 stycznia 1822 r. w Gleiwitz (Gliwice), jako najmłodsze z jedenaściorga dzieci podpułkownika Korpusu Medycznego pruskiej armii i jego żony Leopoldine z d. Woyrsch. Ta śląska rodzina, niemająca – wbrew pozorom – w zasadzie nic wspólnego z polskością poza herbem Wieniawa, po mieczu miała ów herb właśnie, zaś po kądzieli – dobra w Chudowie, Paniówkach i Bielszowicach. Niestety, po śmierci starego pułkownika dość szybko się spauperyzowała i Johann Wilhelm, który początkowo iść miał w ślady ojca i w tym celu wylądował w Królewskiej Szkole Kadetów w Kulm (Chełmno), ostatecznie podjął naukę w tarnogórskiej Szkole Górniczej, jednocześnie zasuwając fizycznie w królewskiej kopalni Fryderyk w tym mieście. Wersji przebiegu drogi edukacyjnej młodego Blandowskiego jest kilka. Oficjalna, australijska biografia naukowca mówi, że ukończył gimnazjum w Gliwicach, nie ukończył Szkoły Kadetów, potem zaś wykształcił się w Szkole Górniczej w Tarnowitz, a następnie na Uniwersytecie w Berlinie. W 1849 roku przybył natomiast do Australii badać jej historię naturalną, florę, faunę i środowisko geologiczne.

Johann Wilhelm von Blandowski na zdjęciu wykonanym w jego Atelier Fotograficznym w Gliwicach

Na początek odwiedził Adelajdę, Sydney, Twofold Bay i Cape York, a nieco później dał się porwać wczesnej gorączce złota w Wiktorii, dorobiwszy się przy tym pewnej fortuny, w czym prawdopodobnie pomóc mogło wykształcenie zdobyte w Tarnowskich Górach. W tym czasie dał się poznać również jako wynalazca wysokowydajnej pompy wodnej.

W październiku 1852 r. William Blandowski odnotowany został w lokalnej „Melbourne Argus” jako założyciel Towarzystwa Geologicznego Wiktorii, a już w grudniu 1853 r. objął stanowisko rządowego zoologa w nowo utworzonym przez gubernatora La Trobe’a, ale staraniem Wilhelma-Williama właśnie, Muzeum Historii Naturalnej. W 1854 r. wraz z siedmioma innymi znamienitymi osobami powołał do życia szacowne wiktoriańskie Towarzystwo Filozoficzne, od którego rozpoczęła się ta opowieść.

Wnętrze Narodowego Muzeum Wiktorii w Melbourne ok. 1873 r.

Pod koniec roku 1854 i na początku 1855 Blandowski poprowadził kilka wypraw w rejony wybrzeży stanu Wiktoria i w rejon McIvor (Heathcote) oraz Black Ranges, pozyskując liczne eksponaty i przymierzając się do sporządzenia pierwszego wykazu ssaków i ptaków Wiktorii. Wilhelm posiadł imponującą wiedzę w dziedzinie geografii fizycznej, geologii, mineralogii, paleontologii, zoologii, ichtiologii, botaniki i etnologii. Sporządzane przez niego rysunki były nie tylko wyjątkowo szczegółowe, ale zdradzały też pewne zacięcie artystyczne. Swoje odkrycia opisał w siedmiu raportach opublikowanych w „Transakcjach Wiktoriańskiego Towarzystwa Filozoficznego” w latach 1855-57.

Wszystko było pięknie dopóki Uniwersytet Melbourne w osobie profesora Fredericka McCoya nie upomniał się o zgromadzone przez Blandowskiego zbiory Muzeum. Co zrozumiałe, Wilhelm stanął okoniem i stało się to zarzewiem konfliktu między panami. W grudniu 1856 rząd wyznaczył Wilhelma von Blandowskiego na kierownika kolejnej ekspedycji w rejon dorzecza rzek Darling i Murray, celem pozyskania eksponatów dla Muzeum Narodowego. Wspomagany przez niemieckiego naukowca Gerarda Kreffta, Blandowski doprowadził wyprawę do szczęśliwego końca. W Adelajdzie był z powrotem w sierpniu 1857 r.

Ekspedycja Blandowskiego w dorzecze rzeki Murray

Po powrocie z eskapady Wilhelm nie zameldował się na powrót w robocie w muzeum. Ale we wrześniu 1857 r. zaprezentował wstępny raport z dokonanych odkryć. Rada zbiesiła się jednak z powodu takiego a nie innego nazwania dwóch rybek i zażądała usunięcia obraźliwych – jej zdaniem – opisów. Blandowski odmówił. Podjęto więc próbę odwołania go z rady towarzystwa, ale wniosek nie uzyskał wymaganego poparcia 2/3 głosujących. Blandowski obraził się na radę, acz do marca 1859 pojawiał się jeszcze na zebraniach Komitetu Eksploracyjnego. Sytuacja zmieniła się, gdy McCoy ponownie zażądał przekazania wszystkich zgromadzonych eksponatów uniwersytetowi, tym razem grożąc podjęciem kroków prawnych. Coś w Blandowskim najwyraźniej pękło, rzucił Australię w diabły i pożeglował do Hamburga, podobno zabierając ze sobią lwią część dokumentacji. Zatrzymując się na pewien czas w Brunszwiku i Berlinie, ostatecznie powrócił ma rodzinny Śląsk. W latach 1860-61 opublikował we Wrocławiu i Dreźnie kilka prac naukowych dotyczących Australii, zaś w 1862 r. 52-stronicową broszurę „Australien in 142 Photographischen Abbildungen”. W tym samym roku otworzył w Gliwicach atelier fotograficzne. Ostatnie pięć lat życia spędził w szpitalu psychiatrycznym w Bunzlau (Boleslawiec), gdzie zmarł 18 grudnia 1878. Przyszpitalny cmentarz, na którym spoczął już nie istnieje, na terenie dawnego szpitala znajduje się jednak upamiętniający go kamień z wyrytym nazwiskiem.

Kamień pamiątkowy w pobliżu dawnego szpitala psychiatrycznego w Bunzlau/Bolesławcu

Blandowski był niezwykle ambitnym i pracowitym, a przy tym upartym, impulsywnym, ekscentrycznym i kłótliwym indywidualistą. Jego naukowa rzetelność była czasem kwestionowana, ale zdolności, głęboka i wszechstronna wiedza, gotowość do ciężkiej harówy i poświęcenia dla nauki – nigdy. Upamiętniono go w nazwie rodzaju ryb morskich Blandowskius oraz okoni Blandowskiella występujących w rzece Murray.

Reklamy

Pośmiertnie w służbie polskości – burmistrz Gruzelka i jego żona Magdalena

Miasto Tarnowskie Góry w swej blisko 500-letniej historii zarządzane było przez około siedemdziesięciu burmistrzów. Piszę „około”, bo dokumentacja nie jest pełna i nie o wszystkich burmistrzach wiemy. Nasza wiedza o tych pięćdziesięciu dwóch jest zresztą też bardzo zróżnicowana – w przypadku niektórych znamy wyłącznie nazwisko, o innych mamy dodatkowo jakieś strzępy informacji, o jeszcze innych wiemy całkiem sporo. W czasach przynależności do Królestwa Czech (czyli od początku istnienia miasta do 1763 r.) burmistrzów było 32, w Królestwie Prus (od 1763 do 1922) – 20. Do tego dodać możemy jeszcze trzech burmistrzów z okresu międzywojnia 1922-1939. Wymienionego w wikipedii Emila Gajdasa nie wliczamy, bo to de facto komendant mianowany bezprawnie przez szefa zbrojnej rebelii przeciw państwu, którego częścią było wówczas miasto, dodajmy: rebelii nieakceptowanej przez przytłaczającą większość obywateli miasta, o czym świadczą wyniki górnośląskiego plebiscytu z 1921 r. Następnie mamy jeszcze dwóch burmistrzów zainstalowanych przez hitlerowską dyktaturę w latach 1939-1945, potem kilku za czasów dyktatury komunistycznej i wreszcie trzech z okresu po 1989 r., w tym pełniącego urząd od 2006 aktualnego burmistrza Arkadiusza Czecha.

Z całego owego dość pokaźnego, nieco mniej niż siedemdziesięcioosobowego grona, miasto upamiętnia obecnie jako patrona ulicy jednego tylko burmistrza – urzędującego w latach 1608-1612 Jakuba nazwanego Gruzełką. Co ciekawe, znana z ulicznych tablic forma nazwiska, tj. „GRUZEŁKO” – z jednoznacznie polskim „ł” oraz z „o” na końcu – pierwszy raz w dziejach pojawia się dopiero w monografii Piernikarczyka z 1926 r., a rok później w „Kronice miasta i powiatu Tarnowskie Góry” Jana Nowaka. W tekstach wcześniejszych forma „Gruzełko” nie występuje ani razu, burmistrz wspomniany jest natomiast jako Jakob Grüssel przez Friedricha Zimmermanna w publikacji z 1783 r., ale to raczej efekt swoistego słowiańsko-niemieckiego „głuchego telefonu”. Sam burmistrz na dokumentach miejskich podpisywał się jako Jacob Gruzelka Burgermeister (burmistrz). Wniosek z tego taki, że i Piernikarczyk, i Nowak zrobili z faceta o nazwisku „Gruzelka”, kogoś o nazwisku „Gruzełko”, bo takie brzmienie potrzebne było im do snucia nacjonalistycznej, ahistorycznej baśni. Burmistrz „dostał” swą ulicę jeszcze w okresie międzywojennym, utrzymał ją w PRL-u i zachował do dziś. Szczególne potraktowanie przez polską administrację tego akurat burmistrza jest o tyle niezwykłe, że o Jakubie wiemy naprawdę niewiele. Z rzeczy całkowicie pewnych: wiemy kiedy pełnił urząd, wiemy że miał żonę z domu Ianiczek (Janiček?) i że podjął się dokończenia z własnej kieszeni ważnej inwestycji – budowy kościółka/kaplicy na cmentarzu za Bramą Wrocławską, który nazwano na jego pamiątkę Jakobkirche i w którym spoczął po śmierci. Stąd – ale nie tylko stąd – wiemy też, że był ewangelikiem. Reszta z tego co mamy, to tylko mniej lub bardziej prawdopodobne przypuszczenia.

Własnoręczny podpis burmistrza: Jacob Gruzelka Burgermeister manu propria

Dlaczego więc akurat Jakub? Znając nacjonalistyczne zacięcie ówczesnych decydentów, to z dwóch powodów. Po pierwsze – z uwagi na brzmienie nazwiska, dodatkowo podrasowane literą/głoską „ł”. Po drugie – przez cudem zachowaną do dzisiejszych czasów płytę nagrobną małżonki Jakuba – Magdaleny, zawierającą inskrypcję, którą sobie propagandysta Jan Nowak, autor wspomnianej już „Kroniki miasta i powiatu Tarnowskie Góry” z 1927, zintepretował po swojemu, czyli w duchu odwiecznej polskości wszystkiego wokół.

Fragment płyty nagrobka Magdaleny Gruzelkowej z d. Janiczek, małżonki burmistrza. Płyta znajduje się w kościele św. św. Piotra i Pawła w Tarnowskich Górach

Treść inskrypcji:

A[NN]O 1614 25 DNE OCTOBR. UCZTIWA MAGDALENA IANICZKOWNA Ż MIESTA BOGKOWICZ SLAWNEHO PANA IAKUBA GRUZELKI BURMISTRZA MIASTA GOR TARNOWSKICH MANŻELKA ŻYWOTU WIECZNEMU POWOLANA GEGIZ DUSZY RACZ PAN BOG MILOSCIW BYC KTOREY CIALO POD TYM KAMIENIEM ODPOCZYWA

Dla Nowaka tablica nagrobna burmistrzowej jest „najcenniejszym zabytkiem kultury polskiej, bowiem w całej Polsce nie ma starszego pomnika kamiennego z napisem polskim”, zaś wspomniane na niej miasto rodzinne Magdaleny „miesto Bogkowicz” to w opinii autora „Kroniki” Budkowice w powiecie opolskim (z pewnym wahaniem zasygnalizowanym pytajnikiem). Zatem – Magdalena Janiczkowa z Budkowic pod Opolem – i już polskość aż bije po oczach. Co ciekawe, tę nowakową interpretację, z owym „najcenniejszym, bo świadczącym o polskości miasta” i z opolskimi Budkowicami, spotykam zaadaptowaną żywcem – że się tak wyrażę – także u niektórych współczesnych autorów opisujących temat.

Fragment inskrypcji

Ale czy rzeczywiście inskrypcja jest w języku polskim? Na pewno w słowiańskim, ale czy polskim? Z pewnością nie jest to polszczyzna Kochanowskiego i Reja, kto ma wątpliwości niech zajrzy do dzieł jednego lub drugiego. Szczęśliwym zrządzeniem losu napis na kamieniu jest wciąż widoczny, dlatego będąc w kościele św. św. Piotra i Pawła w Tarnowskich Górach, możemy przekonać się na własne oczy, że Nowak w swej publikacji poważnie spolszczył napis: z „Ianiczkowny” zrobił „Janiczkową”, z „ucztiwej” – „uczciwą”, ze „slawneho” – „sławnego”, z „miesta” – „miasto”, z „25 dne Octobr[a]” – „25 Oktobra”, a także powstawiał „ł” i „ó” gdzie ich nie było. Co ciekawe, zagadkowe „gegiż” (równie dobrze: „gegiž”) odszyfrował Nowak prawidłowo – jako „jejiż”. Albowiem głoskę „j” w średnioczeskim zapisywano właśnie literą „g”. Niestety nie pociągnęło to za sobą refleksji Nowaka, że może by posłużyć się tym samym schematem do prawidłowego odczytania nazwy miasta urodzenia pani burmistrzowej. Zastosowawszy ten zabieg, zamiast dość językołamliwego „z miesta Bogkowicz” otrzymujemy przyjemniejsze dla ucha i oka „z miesta Bojkowicz”, a tak to w owym czasie wymawiano. Bojkowicz zaś, to – jak wynika z kontekstu – dopełniaczowa forma nazwy Bojkowicze. I takie oto miesto Bojkowicze (miestečzko Bogkowicze) znajdowało się nawet nie tak całkiem daleko od Gor Tarnowskich, w tym samym co i one Królestwie Czech, jakieś 200 km w linii prostej na południowy zachód. Bliżej niż stolica państwa Praha, a w podobnej odległości co stolica Śląska Wrocław, acz w innym kierunku oczywiście. Bogkowicze, potem Boykowicze, teraz Bojkovice to obecnie kilkutysięczne miasteczko w regionie Slovácko na Morawach, niedaleko Zlína, w powiecie Uherské Hradiště (po polsku: Węgierske Grodzisko albo Zamczysko, żeby było jeszcze bardziej międzynarodowo). Miasteczko, jako część majątku Nowý Swětlow (znajduje się tam piękny zamek, którego nazwę współcześnie zapisuje się jako Nový Světlov) ujęto w morawskim urbarzu z 1598 r. Od najmłodszych lat Gór Tarnowskich związki miasta i ogólnie całego Górnego Śląska z Morawami były bardzo silne. Nie byłaby więc obecność Morawianki Magdaleny na Śląsku absolutnie niczym niezwykłym.

Miestečzko Bogkowicze w morawskim urbarzu z 1598 r.

Mimo najszczerszych pragnień Nowaka i jego późniejszych ideowych bratnich dusz, napis na płycie nagrobnej manželki burmistrza Jakuba NIE JEST PO POLSKU. W istocie nie jest to w pełni ani XVII-wieczna polszczyzna, czyli średniopolski, ani w pełni język średnioczeski. Posiada elementy charakterystystyczne dla obu języków, ale też niezbyt poważne byłoby roztrząsanie, czy więcej w tym czeskiego czy polskiego. Przykładowo: manželka nie występowała w polszczyźnie, ale i burmistrza nie było w czeszczyźnie. Nie zaryzykowałbym jednak stwierdzenia sformułowanego przez jednego z autorów, że inskrypcja jest „częściowo w języku polskim”. Równie dobrze można powiedzieć, że np. zdanie: „Názvy obce v jej historii” jest częściowo po polsku. A przecież ono jest całkowicie po słowacku, mimo że nie ma w nim ani jednego słowa, które nie występowałoby również w języku polskim. Przeczytane na głos, również brzmi jak zdanie po polsku. I tak jak w przykładzie, mimo identycznego brzmienia i prawie identycznego zapisu „názvy obce” to nie to samo, co „nazwy obce” (bo „názvy obce” to „nazwy miejscowości”), tak na nagrobku: „slawneho pana” to nie to samo, co „sławnego pana”. W czeskim „slawneho pana” oznaczało „szlachetnego pana”, a więc osobę znamienitą, względnie drobnego szlachcica, niekoniecznie szeroko znanego w kraju i na świecie. Gruzelka znamienity był z samego faktu piastowania ważnego urzędu i posiadania przyzwoitych środków finansowych, jednak szeroko znany chyba nie, na co wskazuje wyjątkowo skromna ilość wzmianek o tej postaci we współczesnych jej źródłach. Magdalena natomiast – jak głosi napis nagrobny – była „ucztiwa”, co jednak wbrew pozorom nie niesie ze sobą informacji o walorach moralnych burmistrzowej, a oznacza iż była stanu mieszczańskiego, z niewielkiego miasteczka, rodzina prawdopodobnie częściowo utrzymywała się z uprawy roli. Obecność dwuznaku „cz” o niczym nie przesądza, bo stosowano go w obu językach, dopiero później Czesi zrezygnowali z „cz” na rzecz „č”, podobnie z „w” na rzecz „v”.

Panorama miasta Tarnowitz/Gory Tarnowskie autorstwa Friedricha Bernharda Wernera z 1766 r.

Język inskrypcji wydaje się być po prostu uformowaną na styku wielu wpływów mową pogranicza. Nie braknie zapewne aktywistów gotowych bronić polskości napisu do upadłego, mówiących np. że to dialekt języka polskiego posiadający naleciałości czeskie. Ale czemu nie miałoby by być na odwrót, tj. dialekt języka czeskiego z polskimi naleciałościami? A może jest to po prostu język miejscowy – mowa śląska, ślōnskõ gŏdkã z przełomu wieków XVI/XVII?

Autor pragnie w tym miejscu serdecznie podziękować osobom, których obszerna i imponująca wiedza istotnie wpłynęła na treść artykułu, pomogła również w porę uniknąć kilku błędów i nieścisłości. Są to: Marek Wojcik, Jan Lubos, Alicja Kosiba-Lesiak, Mieczysław Filak, Andrzej Roczniok oraz Roman Balczarek. Dziękuję!

Polskie włości hrabiów Henckel von Donnersmarck

Wykrojony w 1873 roku z północnej części powiatu bytomskiego nowy powiat tarnogórski (Kreis Tarnowitz) opierał się swoim wschodnim krańcem o granicę państwową z sąsiednim Królestwem Polskim. Za przejściem granicznym na rzeczce Brynicy rozciągała się już inna kraina, którą od połowy XIX w. nazywano Zagłębiem Dąbrowskim. Wcześniej funkcjonowała nazwa Księstwo Siewierskie, bo do czasu wcielenia w 1790 r. do Korony Polskiej było to samodzielne księstwo. Niestandardowe o tyle, że władzę sprawowali tu książęta, ale nigdy nie było księżnych. Nie stały za tym jednak żadne nienormatywne zamiłowania władców. Księżna pani nie towarzyszyła żadnemu z książąt siewierskich za sprawą wprowadzonego w XI w. przez papieża Grzegorza VII celibatu. Książętami tymi zostawali bowiem od 1443 r. kolejni biskupi krakowscy.

Prusko-rosyjskie przejście graniczne w miejscowości Bisia (Bizja) koło Neudeck (Świerklańca). Za plecami ruskich sołdatów widok na pustkowia Niezdary

Powiat tarnogórski zmieniał zasięg na przestrzeni lat, częściowo zmienił przynależność państwową w 1922 r., potem w 1939, potem znowu w 1945, ale zawsze obejmował ziemie wyłącznie śląskie. Do 1 stycznia 1957 roku, kiedy to przyłączono do niego skrawek powiatu będzińskiego – niewielką cząstkę owej sąsiedniej krainy za rzeką – w postaci gromady (to taki odpowiednik gminy istniejący w PRL w l. 1954-73) Tąpkowice, na którą składały się wsie: Tąpkowice, Niezdara, Ossy i Ożarowice.

I tak już zostało, bo w ramach reaktywacji zlikwidowanych w 1975 r. powiatów powiat tarnogórski powrócił na mapę wraz ze swym „zarzecznym” fragmentem. Jest to fragment bardzo odmienny od reszty powiatu, co zrozumiałe, bo przez wieki kształtowało go zupełnie inne państwo, bardzo różniące się od państw, w których zakorzeniona była od wieków Ziemia Tarnogórska. Ta odmienność kulturowa, z uwagi na powojenne ogromne migracje i zmiany własnościowe, nie jest współcześnie tak daleko posunięta jak kiedyś, ale w sferze wizualnej wciąż widoczna na pierwszy rzut oka (choć i w tej dziedzinie zaszły ogromne zmiany, przy czym to nie siewierska część powiatu upodobniła się do śląskiej, a na odwrót, bo tak było łatwiej i znacznie taniej).

Mapa współczesnego powiatu tarnogórskiego z zaznaczoną na żółto granicą – dawniej państwową, teraz międzygminną

Jednak myliłby się ten, kto pomyślałby, że nie istnieją żadne historyczne związki Ożarowic i okolic z Ziemią Tarnogórską. Istnieją. W roku 1825 świerklaniecki hrabia Karol Łazarz Henckel von Donnersmarck, pan m.in. Tarnowskich Gór i Bytomia, zakupił na licytacji w Trybunale Cywilnym Województwa Krakowskiego Ożarowice wraz z Celinami (po spolonizowanej włoskiej rodzinie Bontanich), a nieco później jego syn Guido dokupił jeszcze Tąpkowice. Tereny po polskiej stronie Brynicy, na które – gdyby nie gęste korony drzew – hrabiowie mogliby spoglądać i to bez lornetki z tarasu swej głównej siedziby w Neudeck/Świerklańcu, nie doczekały się jakiejś wielkiej eksplozji przemysłowych inwestycji Donnersmarcków. Zbudowano na wschodnim brzegu rzeki zakład hutniczy zwany Brynickim Wielkim Piecem i właściwie niewiele ponad to. Ale od początku chodziło chyba nie tyle o pozyskanie terenów pod budowę wielkiego przemysłu, co o podstawę do wyszukanej optymalizacji podatkowej związanej z posiadaniem majątku i prowadzeniem działalności gospodarczej w kilku państwach.

Hrabia, a od 1901 książę Guido Henckel von Donnersmarck z żoną

Huta nie była szczególnie dochodowa, a i dobra ziemskie chyba też, bo jeszcze w pierwszej połowie XIX w. Donnersmarckowie wydzierżawili ożarowicką ziemię Grabińskim, acz w 1859 r. hrabia Guido (wtedy jeszcze nie książę) postanowił sprzedać ją miejscowym chłopom za 60 tysięcy srebrnych rubli z czteroletnim terminem spłaty. Chłopi mogli kupić, gdyż – i tu ewenement w Królestwie Polskim – byli chłopami wolnymi, ale kasy w te cztery lata nie zdołali naszporować. Pruskiemu hrabiemu jednak najwyraźniej bardzo zależało by ziemię kupili akurat polscy chłopi, nie polscy szlachcice, bo odrzucił dwie propozycje zakupu za gotówkę, od Grabińskich i od jeszcze jednego ziemianina, zaś chłopom termin wykupu przedłużył na kolejne 24 lata.

Jako fotografię ilustrującą ten materiał daję pocztówkę przedstawiającą prusko-rosyjskie przejście graniczne na przerzuconym nad Brynicą moście w należącej do świerklanieckich dóbr Hencklów von Donnersmarck miejscowości Bisia (obecnie Bizja). Bizji nie widać, ale za plecami ruskich sołdatów jest odrobinę widoku na pustkowia Niezdary. To niewiele, ale zawsze coś, albowiem znaleźć odpowiednio stare zdjęcie przedstawiające okolicę Ożarowic jest jeszcze trudniej niż znaleźć współcześnie na terenie tej gminy zabytek. Trudniej, bo zabytki znalazłem: kościółek św. Barbary w Ożarowicach i ze dwie kapliczki, a zdjęcia nie. Most w miejscu dawnego przejścia jest i dziś. Przebiega po nim droga nr 78 w kierunku Siewierza, zaraz przed wjazdem do Niezdary. W tym właśnie miejscu, na tym właśnie mosteczku kończy się Górny Śląsk, a zaczyna Zagłębie Dąbrowskie.

Współczesna lokalizacja dawnego przejścia granicznego w Bizji koło Świerklańca (wybaczcie nagromadzenie deminutyw, ale to naprawdę niewielka rzeczka i niewielki mosteczek)

Baron von Zedlitz – Ślązak, który wymyślił matury

Początek maja, świat zakwita, a przynajmniej powinien, bzy, kasztany, te sprawy. I matury. Moja oddalona jest w czasie już tak bardzo, że ten wiosenny miesiąc kojarzyłby mi się z wszystkim innym, tylko nie z maturą, ale media dbają bym nie zapomniał. Nie zapominam zatem, że i ja byłem kiedyś tak młodziutki, a mogę też skorzystać z okazji i przypomnieć kto wymyślił i wprowadził egzamin dojrzałości, maturę, das Abitur, w formie jaką znamy dziś, tj. w formie egzaminu podsumowującego edukację na poziomie średnim i dającego wstęp na wyższe szczeble kształcenia.

Karl Abraham von Zedlitz und Leipe

Twórcą egzaminu maturalnego był Ślązak urodzony 4 stycznia 1731 r. w Schwarzwaldau (obecnie Czarny Bór) koło Waldenburga (obecnie Wałbrzych). Baron Karl von Zedlitz (w pełnej formie: Karl Abraham von Zedlitz und Leipe), bo o nim mowa, to z pewnością jedna z najwybitniejszych osobowości tej epoki w regionie i ogólnie w Królestwie. Intelektualista o szerokich horyzontach, absolwent Akademii Rycerskiej w Dom Brandenburg i gimnazjum w Braunschweig, przyjaciel słynnego na cały świat myśliciela Immanuela Kanta. Na uniwersytecie w Halle studiował prawo, nauki polityczne i filozofię, tam zresztą zakumplował się – jeśli oczywiście można to tak nazwać – z poźniejszym królem Fryderykiem II Wielkim. Znajomość ta z pewnością nie pozostała bez znaczenia dla dalszych losów Karla. Z czasem stał się jednym z najbliższych współpracowników króla, łączyła ich zażyłość, ale relacja ta zdecydowanie nie była usłana różami i nie miała w sobie nic ze spijania sobie z dziubków i poklepywania się po plecach. Fryderyk był osobowością trudną, i mimo że baron z królem bez wątpienia nadawali na tych samych falach, to nieustannie musiał się von Zedlitz wykazywać anielską cierpliwością i ogromną elastycznością. Jak udawało mu się przy tym zachować, jako jednemu z bardzo niewielu, odwagę posiadania własnego zdania? Nie wiem, ale faktem jest, że się udawało i zdarzało się Zedlitzowi przeciwstawiać władcy.

Schwalzwaldau, obecnie Czarny Bór, miejsce urodzenia Karla von Zedlitz. W prawym górnym rogu pocztówki – pałac

Od 1755 r. Karl von Zedlitz był referendarzem w Wyższym Sądzie Krajowym w Berlinie, ale jego kariera zawodowa miała właśnie zdecydowanie przyspieszyć i wkrótce objął stanowisko radcy w Rejencji we Wrocławiu, następnie – prezydenta Rejencji Górnośląskiej, zaś od 1770 r. cieszył się już godnością ministra sprawiedliwości. Jednak do historii przeszedł baron von Zedlitz jako minister odpowiedzialny za reformę szkolnictwa, której następstwa na długo uczynić miały Prusy wzorem w tej materii dla całej Europy. Ogólny zamysł reform, nakreślony w 1776 w mowie z okazji przyjęcia von Zedlitza do Pruskiej Akademii Nauk, nie obfitował w konkrety i polegać miał na „uczynieniu obywateli lepszymi i zręczniejszymi w ich szczególnych obowiązkach”. W praktyce postawił Karl na edukację dostępną dla możliwie szerokich rzesz społeczeństwa, choć w zakresie odpowiednim do przewidzianych im przez urodzenie, życie, zdolności, możliwości – a więc szkoły ludowe, szkoły miejskie, szkoły wyższe. Nie wprowadzał swoich reform jak obłąkany postrzeleniec, który pozjadał wszystkie rozumy i koniecznie pokazać musi że coś robi, choćby się paliło i waliło (tu ukłony w stronę współczesnej pani minister edukacji innego kraju, częściowo pokrywającego się terytorialnie z dawnym Królestwem Prus, która to pani nie ma tego typu rozterek i zahamowań), tylko przekształcił na próbę kilka szkół, by poobserwować jakie efekty dają zmiany. Wisienką na torcie było właśnie wspomniane na początku, wprowadzenie edyktem z 23 grudnia 1788 r. w gimnazjach i innych szkołach średnich egzaminu dojrzałości – matury uprawniającej do rozpoczęcia studiów lub podjęcia pracy w administracji państwowej.

Wüstenwaltersdorf, obecnie Walim. Na dalszym planie, w centrum zdjęcia kościół, w którego krypcie pochowano barona von Zedlitz

W tym samym roku, wskutek intygi pastora von Wöllnera, wpływowego doradcy nowego już króla Fryderyka Wilhelma II, Karl Abraham von Zedlitz und Leipe ustąpił z kierownictwa resortu i poświęcił się kierowaniu Akademią Rycerską w Legnicy. Nie trwało to zbyt długo, bo wkrótce bardzo podupadł na zdrowiu. Ostatnie lata życia upłynęły mu w jego śląskich posiadłościach. Zmarł po przejściu kilku udarów 18 marca 1793 r. w majątku Kapsdorf (obecnie Czerńczyce koło Kątów Wrocławskich). Pochowany został w rodzinnej krypcie von Zedlitzów w ewangelickim kościele w Wüstewaltersdorf (obecnie katolicki kościół św. Jadwigi w Walimiu). Szczątki ministra oraz innych członków rodziny spoczywają tam do dziś, albowiem ukrytą pod posadzką kryptę za polskich czasów odkryto dopiero w 2009 r. przy okazji wykonywania izolacji przeciwwilgociowych murów budynku.

Krypta von Zedlitzów, rok 2009 (Fot. Paweł Pachura/Kontakt24)

Fryderyk zwany Czarnym Pstrągiem

To oto urocze okienko, to okienko budynku nadszybia szybu nr 17 Sztolni Głębokiej Fryderyk (Tiefe Friedrich-Stollen), którego drążenie zakończono akurat w okrągłym 1830 roku. W tymże roku na świat przyszedł przyszły książę Guido Henckel von Donnersmarck, którego gustowny pałacyk myśliwski (Jagdschloß Repten) już za dziesięć lat stanąć miał całkiem niedaleko od tego szybu. Kiedy więc Guido zajmował się głównie zapełnianiem pieluch, Rudolf von Carnall był już na świecie na tyle długo, by zdążyć zostać nadinspektorem tarnogórskiego urzędu górniczego i osobiście wykonania szybu doglądać.

Należący do świerklanieckiej linii Hencklów von Donnersmarck pałac w Reptach powstały na miejscu zbudowanego w 1840 r. dużo mniej okazałego pałacyku myśliwskiego

W szybie nr 17 nie byłoby niczego szczególnego, bo to tylko jeden z 25 (niektórzy twierdzą, że 26) podobnych do siebie jak krople wody szybów wentylacyjnych i maszynowych tego imponującego dzieła sztuki górniczej, jakim jest Sztolnia Głęboka Fryderyk, gdyby nie to, że właśnie pomiędzy nim, a podobnym szybem nr 13 uruchomiono w drugiej połowie XX wieku podziemną trasę turystyczną, którą zwiedzać można i dziś. Robi się to za pomocą łodzi, bo sztolnia zalana jest wodą, albowiem od tego właśnie sztolnie są, by była w nich woda.

Fragment Sztolni Głębokiej Fryderyk (foto: Piotr Miemiec)

Sama Sztolnia Głęboka Fryderyk, której udostępniony do zwiedzania fragment twórcy trasy nazwali Sztolnią Czarnego Pstrąga, była przedsięwzięciem ogromnych rozmiarów, prowadzonym w skrajnie trudnych warunkach geologicznych. Drążenie sztolni prowadzono czternastoma przodkami jednocześnie i tunele te – żeby wszystko to miało sens – musiały się w pewnym momencie ze sobą pospotykać. No i się spotkały. Wyobraźcie sobie jak niesamowitymi specjalistami w swoim fachu musieli być ówcześni mierniczy górniczy, by zachować tak wielką precyzję nie dysponując wszystkimi tymi elektronicznymi cudami, którymi dysponujemy współcześnie.

Schemat Sztolni Głębokiej Fryderyk z zaznaczonym na czerwono fragmentem udostępnionym do zwiedzania. Rozbieżności w numeracji szybów w tekście i na schemacie wynikają z tego, że autor tekstu uwzględnił w numeracji szyby maszynowe, zaś autor grafiki nie uwzględnił (autor grafiki: Mieczysław Filak, http://www.montes.pl)

Budowę sztolni zakończono uroczyście w 1834 r. po długich 14 latach prac, ale to i tak rok wcześniej niż zakładał projekt. Sztolnia ma długość nieco ponad 4,5 kilometra. Niektórzy mogliby pomyśleć, że dupy nie urywa, bo współcześnie drąży się i po 800 metrów bieżących na miesiąc, ale spróbujcie coś takiego wydłubać w litej skale nie posługując się potężnym kombajnem ścianowym, zamiast przenośników taśmowych mając do transportu konia z wagonikiem.

Ozdobne zakończenie chodnika sztolniowego (wylot sztolni) znajdujące się na terenie gminy Zbrosławice. Na tympanonie oryginalnie znajdował się napis z nazwą sztolni TIEFE FRIEDRICH STOLLEN, ale został zapaćkany przez krzewicieli polskości., bo ich zapewne irytował. Poniżej data rozpoczęcia budowy sztolni i godło górnicze

Szybom nr 17 i 13 nadano na potrzeby trasy turystycznej imiona odpowiednio: Sylwestra i Ewy, zaś rotundy nadszybia są jedynie XX-wiecznymi rekonstrukcjami, ale patrząc na zachowane do dzisiejszych czasów ruiny rotund nadszybia szybów nr 1 i 4 trzeba przyznać, że są to rekonstrukcje bardzo udane.

Ruiny rotundy szybu wentylacyjnego (Lichtschacht) nr 1

Co wynikło z podziału Górnośląskiej Szkoły Górniczej na część niemiecką i polską?

Nieco ponad miesiąc temu minęło dokładnie 95 lat od podziału działającej w Tarnowitz / Tarnowskich Górach od 1803 r. szkoły górniczej na część niemieckojęzyczną podlegającą Związkowi Przemysłu Górniczo-Hutniczego (Berg- u. Hüttenmännischen Verein) w Gliwicach oraz część polskojęzyczną podporządkowaną Górnośląskiemu Związkowi Przemysłowców z siedzibą w Katowicach.

Pięczęć listowa Szkoły Górniczej w Tarnowitz / Tarnowskich Górach

Obie szkoły działały w tym samym budynku zbudowanym dla Bergschule zu Tarnowitz w 1892 r. (obecnie budynek Zespołu Szkół Gastronomiczno-Hotelarskich), ale tylko przez pół roku, do czasu gdy polskie władze zarządziły, iż nauka ma odbywać się wyłącznie w języku polskim. Wkrótce potem część niemiecka przeprowadziła się do gmachu dawnego Królewskiego Seminarium Nauczycielskiego w Peiskretscham / Pyskowicach (obecnie Zespół Szkół im. M. Konopnickiej). Zmuszonego już wcześniej do opuszczenia Tarnowskich Gór dyrektora szkoły profesora Albrechta Schwidtala – światowej sławy naukowca, autora wielu cenionych opracowań naukowych i podręczników z dziedziny m.in. mechaniki – zastąpił najpierw tymczasowo asesor Urzędu Górniczego Hans Fromm, a nieco później znany geolog, dyrektor kilku kopalń należących do von Donnersmarcków – doktor Arno von Oheimb. To w części niemieckojęzycznej.

Oddany do użytku w 1892 r. nowy budynek szkoły przy Carlshoferstraße (obecnie Miarki). Po lewej profesor Albrecht Schwidtal, po prawej doktor Leopold Geisenheimer

Polskojęzyczną częścią szkoły od jej utworzenia do zamknięcia w 1933 r. zarządzał inżynier Feliks Piestrak. Piestrak to urodzony pod Rzeszowem i zawodowo związany do tej pory wyłącznie z Galicją inżynier górnik, absolwent austriackiej Akademii Górniczo-Hutniczej w Leoben, a w latach 1908-13 i 1918-23 dyrektor państwowej szkoły górniczej w Wieliczce. Człowiek utalentowany, pracowity i wszechstronny, oprócz niewątpliwie ścisłego, technicznego umysłu obdarzony również uzdolnieniami natury humanistycznej. Mimo wszystko jednak, nie był to gracz tej samej ligi, co wcześniejsi “przedpodziałowi” dyrektorzy szkoły – dr Geisenheimer, prof. Schwidtal, czy “popodziałowy” dyrektor części niemieckiej dr Oheimb.
Prowadzenie lekcji w części polskojęzycznej było o tyle trudne, że uczniowie bardzo słabo władali językiem polskim i niejednokrotnie trzeba było lekcje powtarzać po niemiecku, co jednak z pewnością nie przychodziło inż. Piestrakowi ze zbyt wielką trudnością, jako wychowankowi austriackiej uczelni i autorowi górniczego słownika niemiecko-polskiego.

Budynek szkoły górniczej w Peiskretscham / Pyskowicach (ze zbiorów Rolanda Skubały)

Polska część szkoły zakończyła żywot w 1933 r. kiedy to polskie władze zlikwidowały placówkę, Piestraka wysłały na emeryturę, zaś nową szkołę założyły sobie w Katowicach. Niemiecka część przestała istnieć w styczniu 1945 r. wraz z wkroczeniem Armii Czerwonej do Pyskowic.

Interesujące, że w odległym Bochum na ścianie Politechniki Górniczej znajduje się tablica o treści: „Poświęca się pamięci wszystkich byłych nauczycieli i uczniów Górnośląskiej Szkoły Górniczej z Tarnowskich Gór – Pyskowic”. Natomiast na dawnym budynku szkoły w Tarnowskich Górach zdecydowano się z całej 130-letniej historii szkoły upamiętnić jedynie 9 lat istnienia jej części z polskim językiem wykładowym oraz wspomnieć o jednym tylko dyrektorze – dyrektorze tejże polskiej części inżynierze Piestraku.

Fragment drzwi dawnego budynku tarnogórskiej szkoły górniczej (widok współczesny)

CIEKAWOSTKA:
Według danych z 1931 r., w kopalniach podległych polskiemu Wyższemu Urzędowi Górniczemu w Katowicach pracowało 17 absolwentów dąbrowskiej „Sztygarki”, 22 – szkoły z Wieliczki, 200 – Akademii Górniczej w Krakowie i aż 751 absolwentów szkoły tarnogórskiej. Biorąc pod uwagę, że w latach 1924 -1933 polską (polskojęzyczną) część podzielonej szkoły opuściło 331 absolwentów, zdecydowana większość zatrudnionych w górnictwie górnośląskim po polskiej stronie granicy musiała zostać wykształcona w placówce – że się tak wyrażę – oryginalnej, tj. z niemieckim językiem wykładowym.

Czy sikanie pod murem huty może przynieść patent na nierdzewkę?

W 1912 r. pochodzący z Tarnowskich Gór inżynier chemik, hutnik i wynalazca Max Mauermann odniósł sukces swojego życia – opracował technologię wytwarzania stali nierdzewnej. Receptura stopu żelaza, chromu i niklu, której od dawna poszukiwało wielu badaczy na całym świecie wynaleziona została w wyniku powtarzanych do znudzenia eksperymentów, ale ostatecznie sukces nadszedł dzięki zjawisku, które w języku niemieckim określamy mianem Zufall, a po śląsku – dość podobnie – cufal. Okazało się, że z niezbyt eleganckiego sikania pod murem huty może czasem wyniknąć coś pozytywnego

Max Mauermann

Na przedmieściach Wiednia, w południowo-wschodniej, peryferyjnej części miasta noszącej nazwę Favoriten, tuż obok parku Löwygrube, jest całkiem zielono i przyjemnie. I nudno. Miejsce do zamieszkania świetne, ale wspaniałości, przepychu i architektonicznego rozmachu okazałej stolicy habsburskiej monarchii nie widać stąd ani trochę. Po drugiej stronie parku jest już lepiej, ale – choć do obejrzenia jest najstarsza europejska karuzela – delikatnie mówiąc, niczego nie urywa.

W tej właśnie okolicy uliczki swego imienia dochrapał się inżynier, doradca techniczny, dyrektor – ogólnie wieloletni pracownik – austriackiego przemysłu stalowego, ale przede wszystkim wynalazca stali nierdzewnej Max Mauermann. Wiedeńczykiem był dość krótko, bo spędził tu jedynie dwa ostatnie lata swego życia, gdy już po odejściu ze stanowiska dyrektora zakładów hutniczych na emeryturę, macierzysta firma uczyniła go doradcą technicznym w stołecznej centrali. Najważniejszego wynalazku swojego życia dokonał Max w 1912 r., a w roku następnym zaprezentował go na prestiżowej Wystawie Adriatyckiej w Wiedniu. Niedługo po Mauermannie ten sam rodzaj stali opatentował w sąsiednim cesarstwie, w Essen (Zagłębie Ruhry), Clemens Pasel z firmy Krupp, co oczywiście zainicjowało konflikt między panami, jak i zatrudniającymi ich firmami, a eksponaty z wiedeńskiej wystawy wystąpiły jeszcze raz, tym razem w charakterze głównych dowodów w wieloletnim procesie przed Sądem Patentowym. Mauermann wygrał, ale się nie ucieszył, bo gdy zapadł wyrok, już od trzech dni hasał beztrosko słonecznymi alejami niebiańskiego ogrodu.

Królewskie Gimnazjum Realne w Tarnowskich Górach (obecnie II Liceum Ogólnokształcące)

Max Mauermann przyszedł na świat w Tarnowskich Górach 22. lipca 1868 r. w rodzinie urzędnika zarządu kolejowego transportu towarowego. Wyedukowawszy się w otwartym ledwie dwa lata po jego urodzeniu Gimnazjum Realnym w Tarnowskich Górach, rozpoczął studia chemiczne we Wrocławiu. Po ich ukończeniu zatrudniła go Bismarck-Hütte w Hajdukach (czyli po dzisiejszemu w Chorzowie Batorym), najpierw na stanowisku inżyniera chemika, później głównego chemika. W 1899 r. Mauermann przeprowadził się do Mürzzuschlag w Styrii (Austria), gdzie jako główny inżynier objął kierownictwo zakładu hutniczego firmy Phönix-Stahl-Werke Joh. E. Bleckmann. W tejże firmie – która po połączeniu w 1924 r. z Schöllerstahlwerken przyjęła nazwę Schöller-Bleckmann Stahlwerke A.G. – pozostał aż do śmierci, czyli przez równe 30 lat. Początkowo kierował oddziałem odlewów staliwnych, później przejął kierownictwo całej huty oraz instytutu badawczo-eksperymentalnego. Po połączeniu, w ramach centralizacji zarządzania hutami obu firm, przeniósł się do Ternitz, by ostatecznie w 1927 osiąść w Wiedniu.

Bismarck-Hütte w Bismarckhütte, czyli w Hajdukach, czyli w Chorzowie Batorym

Mauermann nie jest oczywiście autorem pomysłu opracowania stali odpornej na korozję. Tego typu potrzebę ludzkość zidentyfikowała dość dawno, a więc i rozmaite koncepcje rozwiązania problemu nie były niczym nowym. Na początku XIX wieku odkryto we Francji, że mieszanka żelaza i chromu chroni stal przed działaniem kwasów. Przemysł metalurgiczny niespecjalnie się jednak zainteresował odkryciem, bo otrzymana z takiej mieszanki stal była zbyt krucha, by mogła się do czegoś przydać. Zgłoszony w 1910 r. przez hutę Poldi z Kladna (Czechy) patent na stal do produkcji luf zawierającą ok. 10% niklu i do 0,25% węgla, skłonił Mauermanna do rozpoczęcia serii eksperymentów ze stopami żelaza, chromu i niklu. Oczywiście nie on jedyny na całym świecie eksperymentował, chętnych do opatentowania technologii wytwarzania nierdzewnej stali o satysfakcjonujących parametrach wytrzymałościowych było wielu. Głównym problemem badaczy, oprócz oczywiście niezwykle wysokich kosztów badań, był dobór odpowiednich proporcji składników oraz optymalnych parametrów procesu wytopu.

Zakłady hutnicze Phönix-Stahl-Werke Joh. E. Bleckmann w Mürzzuschlag

Odkrycie perfekcyjnej kombinacji nastąpiło przez przypadek i w okolicznościach daleko odbiegających od wzorców elegancji. Równolegle ze wspomnianymi pracami, laboratorium Mauermanna eksperymentowało ze stopami starając się uzyskać większą twardość stali szybkotnącej. W trakcie jednego z eksperymentów wykonano 50-kilogramowy stalowy kloc, który po testach wyrzucono za drzwi hali produkcyjnej, pod ogrodzenie, gdzie pracownicy zwykli załatwiać swe szybkie potrzeby fizjologiczne. Robotnicy, z lubością obsikujący do niczego innego niepotrzebny już element dość szybko zauważyli, że w przeciwieństwie do innych walających się tam stalowych odpadów, ten akurat nie pokrywa się rdzawym nalotem i donieśli o tym szefowi. Biorąc pod uwagę, że parametry każdego z eksperymentów skrzętnie zapisywano, odtworzenie idealnej kombinacji składników nie było trudne. Pozostało więc tylko popracować nieco nad doborem optymalnych warunków obróbki cieplnej w celu uzyskania odpowiedniej obrabialności stali – i gotowe! Pewną rolę w tym późniejszym dopracowywaniu wynalazku odegrała również pochodząca ze Świętochłowic żona Maxa, Ida (z d. Kempe), z którą Max ożenił się kilka lat wcześniej. Mauermann wykonał dla niej z tego materiału kilka noży kuchennych, które stały się następnie przedmiotem wszechstronnych testów w chemicznie niełatwym dla stali środowisku kuchni Mauermannów. Niedługo później odkrycie zaprezentowano na wiedeńskiej Wystawie Adriatyckiej.

Adria-Ausstellung 1913, wiedeńska Wystawa Adriatycka z lotu ptaka (czy może raczej sterowca)

Max Mauermann posiadał ogromną wiedzę, cechowała go przy tym żelazna konsekwencja, pracowitość i wielki entuzjazm. Współpracownicy wspominali Maxa jako osobę sympatyczną, serdeczną i niezwykle uczciwą. Owocem 32-letniego związku Maxa i Idy były trzy córki i syn. Max odszedł w zaświaty w wieku 61 lat, po długiej i ciężkiej chorobie 1. lipca 1929 roku w Wiedniu.

O tym, jak Dzieciątko przyniosło profesorowi Wyrtkiemu z Tarnowskich Gór sławę i uznanie

Co roku w grudniu przez południowy Pacyfik przepływa w kierunku wybrzeża Ekwadoru i Peru łagodny prąd ciepłej wody. Przed wiekami otrzymał on od peruwiańskich rybaków nazwę “El Niño”, bo pojawia się zwykle w okolicach Bożego Narodzenia, a po hiszpańsku “el niño” oznacza “dzieciątko”, płci męskiej rzecz jasna. Z nieznanych wciąż powodów, co kilka lat prąd zyskuje ponadprzeciętnie wysoką temperaturę i utrzymuje się kilkanaście miesięcy. To właśnie zjawisko “zawłaszczyło” nazwę nadaną pierwotnie prądowi morskiemu i ma ogromny wpływ na klimat w rejonie Pacyfiku, a prawdopodobnie również na całej Ziemi. Powoduje intensywne ulewy na zachodnim wybrzeżu Ameryki Południowej, zaś po drugiej stronie – w Azji południowo-wschodniej i północnej Australii – katastrofalne susze. Cyklony, pożary buszu, burze pyłowe, potężne opady deszczu, powodzie, osunięcia mułu – to wszystko przynosi “Dzieciątko” co pewien czas mieszkańcom tej części świata.

Małemu Klausowi wychowanemu na Górnym Śląsku Dzieciątko w grudniu z pewnością kojarzyło się z czymś zdecydowanie bardziej przyjemnym niż te tropikalne okropieństwa, niewykluczone zresztą, że absolutnie nic o nich nie wiedział. Przyjdzie jeszcze na to czas. Klaus Wyrtki pojawił się na świecie 7 lutego 1925 r. w Tarnowskich Górach. Nie wiemy zbyt wiele o jego dzieciństwie, Klaus niespecjalnie lubił wracać do przeszłości. Pisał że jest człowiekiem teraźniejszości, poza tym ma bardzo złą pamięć, co zresztą jest jego błogosławieństwem, bo jak śpiewała mu mama “Mach es wie die Sonnenuhr, zähl die heiteren Stunden nur” (rób jak zegar słoneczny, licz tylko pogodne godziny). Nastoletni Klaus miał dość osobliwe marzenie jak na Ślązaka. Wspominał później, że już w wieku czternastu lat wiedział co chce w życiu robić, a chciał budować statki, konkretnie – projektować lotniskowce. W realizacji tego niezwykłego marzenia był pewien szkopuł natury ekonomicznej. Sytuacja finansowa matki samotnie wychowującej Klausa, bo ojciec umarł gdy ten miał cztery lata, delikatnie mówiąc nie sprzyjała śmiałym planom życiowym. Chłopak wymyślił więc, że zaciągnie się do marynarki i tam postara o skierowanie do odpowiedniej uczelni. W wieku siedemnastu lat zgłosił się więc na ochotnika, ze świadectwem ukończenia szkoły średniej, choć bez matury. Maturę podarowało Wyrtkiemu państwo, ale nie za darmo, bo taki przyspieszony tryb uzyskiwania wykształcenia – a był 1942 rok – władze przewidziały dla narwańców chcących koniecznie wziąć udział w wojnie. Wychodzono zapewne z założenia, że i tak większość z tych chłopców nie rozpocznie kolejnego etapu edukacji. Klaus oczywiście nie zgłosił się do Marynarki Wojennej RP, bo choć nie wiemy czy nasz tarnogórzanin przeżywał jakieś rozterki na tle tożsamości narodowej, to jeśli mieszkając w 1942 r. w Tarnowskich Górach chciał koniecznie wstąpić do marynarki, to jedyną istniejącą w promieniu tych około pięciuset kilometrów była Kriegsmarine.

wyrtki_sudfal1949 (a).jpegRok 1949, Klaus Wyrtki na pokładzie statku badawczego Sudfall

Cokolwiek robił Wyrtki w marynarce, wbrew pierwotnym zamierzeniom nie postudiował sobie. Po klęsce Niemiec drogę powrotną do rodzinnego miasta miał zamkniętą, nie opuściło go jednak pragnienie zdobywania wiedzy. Pod koniec 1945 r. wiele niemieckich uniwersystetów zaczęło ponownie otwierać podwoje, Klaus zaś przemierzał okupowany kraj – co zrozumiałe, za wyjątkiem strefy radzieckiej – w poszukiwaniu uczelni, która gotowa byłaby go przyjąć. Budowa lotniskowców z wiadomych względów przez dłuższy czas nie wchodziła w rachubę, chłopak myślał więc o jakiejś inżynierii wodnej, budownictwie morskim, stoczniowym, czymś w tym stylu. Nie udało się w Karlsruhe, nie udało w Darmstadt, udało się w małym Marburgu, pierwotnie trzydziestotysięcznym, teraz nabitym po brzegi uchodźcami ze wschodu. Kierunek niewiele miał wspólnego z morzem, bo przyjęto Wyrtkiego na ‘Matematykę i fizykę’, ale wybrzydzać w tej sytuacji byłoby niedorzeczne. Niezbyt mu ta matematyka i fizyka była w smak, dlatego gdy już trochę rozgościł się na uczelni zaczął dyskretnie rozglądać się za czymś innym. Zainteresował się geografią, poszedł więc na kilka zajęć, gdzie ze zdumieniem odkrył, że istnieje taka dziedzina nauki jak meteorologia, zaś przeczytawszy podręcznik uświadomił sobie także istnienie oceanografii. I dla tej właśnie oceanografii porzucił w 1948 r. matematykę wraz z fizyką, uzyskawszy jednak wcześniej magisterium, bo nierozsądnie jest nie doprowadzać spraw do końca. Kolejne studia podjął w Instytucie Oceanografii Uniwersytetu w Kiel, u profesora Wüsta. Dziedzina ta pochłonęła go całkowicie i w 1950 r. obronił pracę doktorską na temat zmętnienia wody w Bałtyku.

inst_meereskunde_kiel.jpgInstytut Oceanografii Uniwersytetu w Kiel (Kilonia)

Wkrótce po tym zaczął rozglądać się za robotą, bo z kasą było krucho. Nie szukał zbyt długo, przez przypadek pierwszym pracodawcą Klausa została sama Jej Wysokość Elżbieta II. Na przełomie lat 40/50 aliancki drenaż wszelkiej wiedzy będącej w posiadaniu Niemców trwał w najlepsze, a jednym z wielu jego elementów było “zabezpieczanie” przez Brytyjczyków danych Niemieckiego Instytutu Hydrograficznego. Zadanie to nadzorował admirał Carruthers. Aby cokolwiek zrobić, admirał potrzebował niemieckiego asystenta i go miał, ale po czterech latach współpracy z Carruthersem asystentowi udało się uchwycić etat na uniwersytecie. Wakatu nie udawało się zapełnić przez ponad pół roku, dlatego ostatecznie Wyrtki jako najmłodszy z oceanografów w Instytucie został życzliwie wypchnięty na to niechciane stanowisko. Klaus wspomina, że dostał piękne biuro piętro nad biurem dyrektora Instytutu, który nawiasem mówiąc był ojcem jego kumpla, i zdarzało się, że ów dyrektor dzwonił ze słowami: “Herr Wyrtki, proszę zejść do mnie na dół, musi pan coś podpisać w imieniu Jej Królewskiej Mości”. Po sześciu miesiącach fundusze przeznaczone na stanowisko asystenta admirała skończyły się, ale szczęśliwie Klaus niemal natychmiast wskoczył na staż podoktorski finansowany przez coś w rodzaju narodowego funduszu nauki. Następne trzy lata strawił więc na zgłębianiu kwestii związanych z wymianą wód między Bałtykiem i Morzem Północnym.

wyrtki_stazpodokt1953 (a).jpeg

Rok 1953, świeżo upieczony doktor oceanografii

Po zakończeniu stażu przyszło stawić czoła bezrobociu, rzeczy należącej do codzienności w Niemczech wczesnych lat powojennych. Pewnego dnia kolega meteorolog otrzymał list z ofertą pracy w Indonezji, ale stwierdził że wolałby już Biegun Północny od tropików. Wyrtki nie był tak wybredny i kilka miesięcy później siedział już w Indonezji i pracował jako dyrektor Instytutu Badań Morskich. Dostał całkiem niezły stateczek “Samudera”, niestety słabo wyposażony w sprzęt badawczy, był też jedynym naukowcem w ekipie. Wiele zdziałać więc nie mógł, ale skompletował tyle informacji ile się dało i napisał książkę, która do dziś jest podstawowym źródłem wiedzy oceanograficznej dotyczącej tego regionu. Następnym etapem była Australia, gdzie naukowiec brał udział w szeroko zakrojonym programie pomiarów zasolenia z użyciem pionierskiej aparatury. Takich programów, badań, eksperymentów było jeszcze kilka, m.in. w jednej z instytucji Uniwersytetu Kalifornijskiego, ostatecznie jednak osiadł Klaus na Hawajach decydując się przyjąć w 1964 r. ofertę Uniwersytetu Hawajskiego w Mānoa, który zaproponował mu stanowisko profesora na nowo utworzonym Wydziale Oceanografii.

wyrtki_samudera1955 (a).jpegRok 1955, na pokładzie indonezyjskiego statku “Samudera”

I tu na scenę wchodzi wspomniane na wstępie Dzieciątko, El Niño. Wchodzi nie tak od razu, bo nim weszło, Klaus zdążył wraz ze współpracownikami m. in. stworzyć od podstaw nowy wydział, zmapować prądy morskie wokół Hawajów i wydać atlas oceanograficzny Oceanu Indyjskiego. El Niño gwałtownie nawiedziło region w 1972 r., co zwróciło uwagę Wyrtkiego na ten fenomen i dało początek budowie ogromnej sieci punktów badawczych umożliwiających monitorowanie poziomu wód Pacyfiku. Monitorowanie w czasie bliskim rzeczywistemu było o tyle istotne, że pozwalało stworzyć system powiadamiania z wyprzedzeniem o nadchodzącej katastrofie. Oczywiście zbieżność początków prac z wystąpieniem El Niño w 1972/73 nie była przypadkowa. Wiadomo, że katastrofy dość skutecznie odblokowują kurek z pieniędzmi na zapobieganie im – kurek, na którym rękę trzymają instytucje państwa – zaś bez pieniędzy nie ma nic, w tym badań.

manoa.jpgWydział Oceanografii w Mānoa

Postawienie tezy o El Niño – który do tej pory postrzegany był jako zjawisko wyjątkowe i niedające się przewidzieć – jako fenomenie możliwym do przewidzenia na kilka miesięcy przed wystąpieniem oraz wyjaśnienie mechanizmu powstawania tego zjawiska stanowią największe dokonanie życiowe profesora Wyrtkiego. Jak to możliwe, że Wyrtki wpadł na to wszystko, skoro dysponował tak bardzo ograniczoną liczbą danych, sieci badawczej wszak jeszcze nie było, pieniądze na nią dopiero się załatwiały? Otóż Klaus był niedoścignionym mistrzem w analizowaniu danych, współpracownicy mówią o nim do dziś “data wizard” – czarodziej danych. Ale nie tylko to. Sam Klaus wspominał, że gdy szukał wyjaśnienia, uświadomił sobie iż kiedyś, na długo zanim w ogóle usłyszał o El Niño, zetknął się z czymś nieco podobnym. Pewnego dnia w Kiel, w 1952 roku, morze zalało promenadę ciągnącą się wzdłuż przystani. Profesor Wüst polecił Klausowi, jako ćwiczenie intelektualne, zebrać dostępne informacje i przekonująco wyjaśnić co się właściwie wydarzyło. A cóż się wydarzyło? Na Bałtyku trwał sztorm. Burza niezwykle szybko przesunęła się nad Skandynawią, a południowo-zachodnie wiatry u czoła burzy pchały wodę w kierunku Finlandii. Dwanaście godzin później kierunek wiatru zmienił się i teraz wiatr północny zawrócił te masy wody z powrotem w kierunku Kiel, więc poziom morza w tej miejscowości podniósł się o ponad metr, co jest zjawiskiem bardzo rzadko tam spotykanym. Kiedy więc pewnego dnia, wiele lat później i wiele tysięcy kilometrów dalej, analityk przyniósł Klausowi dane z dwóch bardzo oddalonych od siebie stacji pomiarowych na Pacyfiku – jednej na Wyspach Galapagos, drugiej na Wyspach Salomona – okazało się że w roku 1972, gdy zaczął się El Niño, poziom wody na Galapagos gwałtownie wzrósł o 20 cm, zaś na Wyspach Salomona obniżył się w ciągu roku o około 25 cm. Wyrtki, wiedząc jak zmieniał się kierunek wiatru, skojarzył to ze starą historią z Kiel i zorientował się na zasadzie analogii, że El Niño po prostu zawraca masy wody. Formuje się wtedy wielka fala, która przesuwa się na wschód wzdłuż równika, ciepła woda pojawia się we wschodniej części oceanu, a poziom wody w części zachodniej się obniża. Tak to Dzieciątko, El Niño, przyniosło Klausowi uznanie w świecie nauki oraz sławę.

wyrtki_2010.jpgProfesor Wyrtki w sędziwym już wieku

Klaus Wyrtki był człowiekiem pełnym pozytywnej energii, humoru i zapału. Oprócz ogromnej wiedzy i niezwykłej zdolności wyciągania z suchych danych rzeczy najistotniejszych i łączenia ich ze sobą zależnościami przyczynowo-skutkowymi, miał niezwykły głód przygody. Był również utalentowanym pedagogiem, skutecznie zaszczepiał swoją wiarę w wielką wartość dokładnej obserwacji, uważnej analizy i dbałości o szczegóły. Dzięki swej wiedzy, doświadczeniu, talentowi i pomysłowości wniósł ogromny wkład we współczesną oceanografię. Odszedł w 2013 roku, dwa dni przed swoimi 88. urodzinami w Mānoa na Hawajach, 12 tysięcy kilometrów od Tarnowskich Gór – miejsca, gdzie przyszedł na świat i z którym związana była jego młodość. Zostawił żonę Erikę, córkę Undine, syna Olivera oraz trójkę wnucząt.

Gwarkowie, przedsiębiorcy z branży wydobywczej

Fanpage’owi oraz blogowi „Na krańcu Królestwa, am Ende des Reiches” stuknęła właśnie pierwsza rocznica zaistnienia w cyberprzestrzeni, a już za kilka dni, w piątek rozpocznie się święto miasta Tarnowskie Góry. Święto bardzo silnie związane z górniczą przeszłością miasta i regionu, oczywiście nie tylko z uwagi na nazwę „Gwarki”. Z tej okazji pozwolę sobie zatem przypomnieć jeden z pierwszych tekstów, opublikowany niemal równo rok temu, wyjaśniający pochodzenie i znaczenie słowa „gwarek”.

Agricola_6B_131

„Gwarek” nie należy z pewnością do najpopularniejszych słów w polszczyźnie. Co bardziej zaawansowanym miłośnikom ornitologii kojarzy się najwyżej z egzotycznym, azjatyckim ptaszkiem. W kontekście profesji rozpoznają to dość archaiczne słowo nieliczni, a i to głównie lokalnie, w regionach związanych tradycyjnie, od wieków z wydobyciem kopalin. W Tarnowskich Górach z rozpoznawalnością „gwarka” jest chyba najlepiej, z uwagi na popularyzację tematu w drugiej połowie XX w. przez Stowarzyszenie Miłośników Ziemi Tarnogórskiej, dokonaną między innymi przez nadanie nazwy „Gwarki” dorocznemu świętu miasta.
Jednakże i w tych uświadomionych kręgach dominuje skojarzenie: gwarek, czyli prosty górnik – ktoś kto bierze kilof, łopatę i co mu tam jeszcze potrzebne, i kuje skałę w poszukiwaniu soli, węgla czy kruszcu. A przecież to niezupełnie i nie do końca tak, choć oczywiście wielu gwarków osobiście i siłą własnych mięśni w swoim czasie ziemię dziurawiło.

Termin „gwarek” przywędrował do polszczyzny – podobnie jak ogromna ilość innych określeń technicznych – z języka niemieckiego. Niemiecki pierwowzór to „der Gewerke”. W „Słowniku górniczym” z 1778 r. Johann Christoph Stößel pisze:

„Gwarkiem jest, kto posiada kopalnię, młyn stęporowy, hutę lub ich część, a przy tym otrzymał licencję”
Gewerke ist, welcher eine Zeche, ein Pochwerk, Schmelzhütte oder ein Theil davon besitzet, und darüber einen Gewährschein erhalten

gwarkowie_AB1.jpg

Ujmując rzecz na sposób współczesny, gwarkowie byli przedsiębiorcami prowadzącymi działalność gospodarczą związaną bezpośrednio z przemysłem wydobywczym. Robili to na podstawie koncesji, licencji udzielonej przez właściciela kopalin. W myśl prawa feudalnego bogactwa wnętrza ziemi uważano za własność królewską lub książęcą (tzw. regale). Dlatego monarcha udzielić musiał przedsiębiorcy pozwolenia na prowadzenie wydobycia. Nie za darmo, rzecz jasna, a w zamian za daninę, zwaną fachowo olborą. Danina ta mogła mieć formę obowiązku sprzedaży metali szlachetnych królowi lub księciu po cenach niższych niż rynkowe.

Fire-setting

Co dość wyjątkowe na tle epoki, gwarek nie musiał być stanu szlacheckiego, zaś w myśl prawa uważany był za wasala króla lub księcia, do którego należało regale. Gwarkowie rekrutowali się początkowo spośród rzemieślników – przybyszów, którzy wnosili do spółki kapitał, narzędzia i sami pracowali przy wydobyciu. Ze względu na duże ryzyko przedsięwzięć górniczych wynikające ze słabej znajomości złóż oraz duże wydatki ponoszone na prace przygotowawcze, większość kopalń budowały i eksploatowały zrzeszenia gwarków zwane gwarectwami. Członkowie gwarectwa zatrudniali na własny rachunek 2-3 robotników pomocniczych. Przypominało to organizację warsztatu rzemieślniczego. Prawodawstwo górnicze polskiego, niemieckiego, czeskiego czy węgierskiego obszaru państwowego było w tej dziedzinie bardzo podobne lub wręcz identyczne.

FG_Bergwerk_und_Huetten_1549.jpg

O gwarkach olkuskich pisze w pracy z 1841 r. „Górnictwo w Polsce. Opis kopalnictwa i hutnictwa polskiego pod względem technicznym, historyczno-statystycznym i prawnym” Hieronim Łabęcki:

„W ekonomii królewskiej ten tylko mógł kopać czyli bydź gwarkiem kto miał udzieloną licencją czyli pozwolenie; w ich udzielaniu nie miano względu na to czy kto był szlachcicem lub nie. Gwarkowie olkuscy byli upoważnionemi przez króla używaczami i podobnych zażywali prerogatyw jak gwarkowie w ościennych krajach, gdzie byli uważani za lenników i prawem lennem pozwolenie było im dawane, chociaż w Polsce zasady prawa lennego rozwiniętemi nie były.
W wewnętrznych pomiędzy sobą stosunkach rządzili się gwarkowie laudami, to jest ustawami przez siebie na zebraniach uradzonemi, do czynienia których upoważniało ich prawo górnicze Jana Alberta przez Alexandra w r. 1505 ogłoszone w artykule 6, w ogólności, a przywileje do prowadzenia sztolniów w szczególności.
Gwarkowie rozróżniali się na sztolnych i opolnych; sztolni byli ci którzy mieli swoje góry czyli szyby w kierunku linii, jednej ze sztolniów; opolni zaś byli ci którzy za temi rozmiarami kopali. Gwarkowie sztolniowi (zwani w prawach niemieckich Stölner, stolniarze), zbierali się kilka razy do roku, zwykle 1 stycznia i 1 maja, dla naradzania się nad przyszłemi wspólnemi potrzebami w prowadzonych przez nich kopalniach, i utrzymaniem sztolni w dobrym stanie, równie jak i dla uczynienia obrachunku, rozkładu składek na powyższe cele zwanych symbola albo zamkosty (Sammkosten, Zubusse), oraz stanowili po naradzie uchwały czyli postanowienia, które obejmowały przepisy moc prawa pomiędzy gwarkami mające. Uchwały takich narad zwane laudami, znajdujemy w xięgach żupniczych i rejestrach kopalń zapisywane. Dla nadania im większej wagi, poddawano je często pod potwierdzenie monarchy”.

Gwarek był więc koncesjonowanym przez króla lub księcia przedsiębiorcą trudniącym się wydobyciem kruszcu, podlegającym jurysdykcji autonomicznego sądu żupniczego, zrzeszonym w gwarectwie i posiadającym prawo głosu w laudach – zgromadzeniach o charakterze m. in. ustawodawczym. Gwarkowie mogli być różnego stanu, pochodzenia, wykształcenia, zamożności, ale odróżniano koncesjonowanych przez właściciela regale gwarków (cultores montium) od górników (montanistae) i robotników (laboratores), którym owi gwarkowie dawali zatrudnienie. Skojarzenie gwarka z prostym robotnikiem kopalnianym, którego od współczesnego górnika odróżnia jedynie fakt bycia częścią zamierzchłej przeszłości jest – jak się wydaje – związane z tym, że „odkurzenie” samego słowa „gwarek”, jak i pamięci o sięgających średniowiecza tradycjach wydobywczych odbyło się w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, co musiało mieć wpływ i na sposób myślenia rekonstruktorów, i na przyjęty sposób opowiadania o dawnych czasach. Bo na pewno łatwiej było namówić lokalnego sekretarza partii robotniczej, bez którego przychylności żadna aktywność nie mogłaby rozwinąć skrzydeł, do popularyzowania opowieści o gwarku – prostym, pracowitym człowieku pracy fizycznej, niż gwarku – prywatnym przedsiębiorcy zatrudniającym ludzi, a więc wedle ówczesnej optyki – kapitalistycznym wyzyskiwaczu.

O Warszawie, której odechciało się przestrzegać prawa

W kraju dzieją się ciekawe rzeczy. Nic dziwnego, bo cały ten kraj jest ciekawostką. Ale nie pierwszy raz się dzieją, działy się już wcześniej. W kwietniu 1935 roku, dla przykładu, kiedy to rządząca krajem od wojskowego przewrotu w 1926 r. junta Piłsudskiego postanowiła uchwalić sobie nową, lepszą konstytucję. Że niby Polacy dojrzeli do nowej konstytucji, że oto kraj w potrzebie, że ostatnie lata to okres zasadniczych zmian, że wiele doniosłych reform udało się przeprowadzić, że godność odzyskali, że zasługują, że pragną. Junta podeszła do sprawy oczywiście w charakterystycznym dla siebie stylu, czyli mając głęboko w d… określony przepisami obowiązującej konstytucji tryb dokonywania zmian. Co ciekawe, wbrew oficjalnej propagandzie, główny architekt sanacyjnej parodii państwa prawa w pracach nie uczestniczył. Nie miał już do tego serca, zajmowały go własne sprawy – zasłabł na uroczystościach, głupio gadał, pojawili się lekarze, a on sam gdzieś się zapodział. Nie było to kolano czy kolejne infekcje bakteryjne, ale tak samo – nic niepokojącego. Ogólnie wszystko w porządku, aż do 12. maja 1935 r., kiedy to nadprezydent, nadpremier i nadparlament w jednej osobie wyruszył był w podróż do krainy wiecznych łowów, defilad, pasjansów. Nowa konstytucja śmigała już wtedy od niemal miesiąca.

pasjansik

O samej konstytucji kwietniowej, jak i wyjątkowo żenującej historii jej uchwalania możnaby długo, ale nie jest to w końcu blog o historii Polski. Nas interesuje pewien szczególny aspekt sprawy. Otóż częścią Konstytucji RP był Statut Organiczny Województwa Śląskiego, który określał szczegółowo ustrój tego autonomicznego obszaru. Oczywiście autonomia województwa, którą uchwalono przed plebiscytem 1921 roku – a więc i przed powstaniem województwa – zaistniała wyłącznie jako wabik, zachęta do głosowania na Polskę w plebiscycie. Jej zaistnienie wiązało się zaś nie z jakimś szczególnym umiłowaniem przez Polaków idei daleko posuniętej samorządności, a z uwagi na wyjątkowo liche podstawy polskich roszczeń terytorialnych względem Górnego Śląska oraz równie nędzne widoki na zwycięstwo w plebiscycie. Wielkopolsce – regionowi podobnie jak Górny Śląsk słabo kompatybilnemu z dominującą, post-rosyjską (w sensie geograficzno-politycznym, ale niestety również w sensie mentalnym) częścią Drugiej Rzeczpospolitej – nigdy nie oferowano statusu autonomicznego, bo i nie było potrzeby. Prawa Rzeczypospolitej do Wielkopolski opierały się na solidnych podstawach, a o przychylność ludności nie trzeba było zabiegać. Nie zabiegano więc.

TRADYCJA BEZPRAWIA I LEKCEWAŻENIA

W Statucie Organicznym, a więc również w Konstytucji RP, ustawodawca przewidział na wypadek chęci “udoskonalania” autonomii przez władzę centralną bezpiecznik w postaci artykułu 44. Brzmiał on: “Ustawa, zmieniająca niniejszą ustawę konstytucyjną, a ograniczająca prawa ustawodawstwa lub samorządu śląskiego wymagać będzie zgody Sejmu Śląskiego”.

Bezpiecznik pomyślany był bardzo mądrze, bo uzależniając zmiany Statutu od zgody Sejmu Śląskiego praktycznie uniemożliwiał ograniczenie lub likwidację autonomii. Oczywiście uniemożliwiał jedynie tak długo, jak długo chciało się polskiej władzy przestrzegać prawa. A odechciało jej się właśnie w owym 1935 roku, gdy wraz z uchwaleniem przez Sejm RP konstytucji kwietniowej zlikwidowano wymóg zgody Sejmu Śląskiego. Bezprawnie, bo zgodnie z prawem do likwidacji tego wymogu konieczna była zgoda Sejmu Śląskiego właśnie. A tej, rzecz jasna, nie było. Warszawa mogła oczywiście przekonywać Sejm Śląski, by zechciał zintegrować się bardziej z resztą kraju i przegłosował zgodę na samozredukowanie się do roli kolejnej instytucji, dla której aktualne widzimisię pana Piłsudskiego stanowiło prawo najwyższe i jedyny sens istnienia. Postawiono jednak na środek dający rezultat szybszy i pewniejszy, czyli złamano prawo, pogwałcono konstytucję, zignorowano umowę państwa z obywatelami, bo i cóż nam zrobią, he, he.

autonomja_sl

Od tej pory swobodny stosunek polskiej władzy państwowej do prawa, lekceważenie umów społecznych i zobowiązań czynionych przez państwo polskie stały się nieodłącznymi elementami polskiej tradycji państwowej. Tradycji pielęgnowanej po dzień dzisiejszy, w ostatnich latach kultywowanej nawet znacznie intensywniej.

CO NA TO ŚLĄSCY POWSTAŃCY?

Co na to powstańcy śląscy? Nietrudno się dowiedzieć, bo Związek Powstańców Śląskich miał swój organ prasowy o nazwie “Powstaniec Śląski”. Oto w kwietniowym numerze miesięcznika ukazał się tekst pt.: “Nowa Konstytucja i stara autonomia”, specjalny artykuł z okazji – jak piszą – “zamknięcia niejako jednego okresu dziejów Polski, a otwarcia drugiego”.

powstaniec_02

Autor, prawdopodobnie redaktor naczelny pisma Jerzy Paszkowski, od pierwszego zdania, bez gry wstępnej osiąga ekstazę: “23. marca 1935 r. jest na pewno epokowym [wydarzeniem] w dziejach naszego Państwa. Uchwalenie przez Sejm Rzeczypospolitej ostatecznego tekstu nowej Konstytucji, nowych podwalin ustrojowych Państwa”. Wydarzenie jest epokowe zdaniem piszącego zapewne dlatego, iż przed zbrojnym przejęciem władzy przez wojskową dyktaturę panowały jakieś dziwne, nietutejsze porządki. Jak pisze chyba-Paszkowski: “[partie] przez swych posłów zebranych w Sejmie ustalały taki tok rządów, jaki najbardziej odpowiadał poszczególnym klasom i warstwom ludności dającym wyborców (…), bez względu na naczelne interesy państwowe”. Interesy wyborców są więc najwyraźniej zwykle rozbieżne z interesem państwa. Zgroza! Pan redaktor wie zresztą jak ta zgroza ma na imię i dzieli się tą wiedzą z czytelnikiem, a jest to: “ustrój sejmowładztwa i tzw. demokracji liberalnej”. Niegodziwy ten stwór powodował, że “państwo i jego rząd musiały w każdym wypadku kupować dosłownie możność takich posunięć, któreby były postępem na polu wzmocnienia siły państwowej”. Oczywiście nie bez powodu potworności te miały miejsce. Wszystko przez poprzedni zbrodniczy system, “który panował do maja 1926 r.” i przez “konstytucję z roku 1921, która ten ustrój uświęcała”.

DEMOKRACJA PARLAMENTARNA NIE DLA MŁODYCH, NIE DLA BIEDNYCH

Wiadomo dlaczego tak było. Otóż owa konstytucja “nie była tworem polskim, z ducha narodowego płynącym (…). Wzięła obce wzory z Francji i Belgii, i przesadziła na grunt polski, gdzie twór ten zaczął wydawać najgorsze owoce”. Albowiem “co dobre dla Francji i Belgii, państw starych, dobrze ugruntowanych i bogatych, może być złe dla państwa młodego (…) oraz biednego”. Demokracja parlamentarna nie jest po prostu dla młodych i biednych. Patrzył więc z rozpaczą autor artykułu, a wraz z nim inni patrioci, jak państwo rozpada się i niszczeje w szponach demokracji. Na szczęście już w maju 1926 r. wódz pana redaktora “rozpoczął dzieło naprawy”.

powstaniec_01

Rozpoczął prowadząc oddziały hobbystycznie podległych mu wojskowych przeciw oddziałom żołnierzy zawodowo podległych rządowi. Pan redaktor “z radością i dumą witał Jego wysiłek, widząc jak pod Jego wodzą Państwo wzmaga na sile, krocząc niepowstrzymanie po szczeblach mocarstwowego rozwoju”. Niestety, owo mocarstwo trapił tego rodzaju problem, że “do 23 marca [1935 roku, czyli do uchwalenia konstytucji kwietniowej] stan faktyczny istnienia silnych rządów, jednolitej władzy, przewaga interesów państwa nad interesami partyjek i klik poselskich opierał się wyłącznie na autorytecie moralnym i tej sile osobistej, jaką w państwie polskiem reprezentuje Marszałek”.

PRAWEM ZBÓJA: NIELEGALNA LEGALIZACJA PO WARSZAWSKU

Inaczej mówiąc, pan redaktor przyznaje, że jedyną podstawą funkcjonowania całej skomplikowanej i rozbudowanej machiny państwowej, jedynym rzeczywiście obowiązującym prawem była od maja 1926 roku wola jednego człowieka, nie będącego zresztą ani prezydentem, ani premierem, cesarzem, królem czy żoną króla. A – jak wiemy – człowiekowi temu właśnie pod koniec 1934 r. zaczęło szwankować zdrowie, pojawiła się więc paląca potrzeba zalegalizowania prowizorki. Co prawda legalizacji dokonano zgodnie z tradycją, w której wyrosła większość obywateli młodego państwa, czyli nielegalnie, prawem zbója, ale któż by się drobiazgami przejmował. Puści się w prasie tysiąc artykułów, że wszystko w mocarstwie w porządku, że cały świat patrzy z podziwem i zazdrością, a pozycja Polski rośnie, rośnie i nie przestaje – i już jest legalnie. A jakby kto nie uwierzył, albo co gorsza innych namawiał do niewiary, to od lipca poprzedniego roku w Berezie Kartuskiej czekała już nowiutka infrastruktura obozowa pod entuzjastycznym nadzorem pułkownika Kostka-Biernackiego, cieszącego się złą sławą żywiołowego brutala, którego zainteresowanie rozmaitymi formami przemocy daleko wykraczało poza zachowania normatywne. “I w tem leży doniosłość nowej Konstytucji” – pisze pan redaktor “Powstańca”. Do tej pory dziarska ekipa odnowy moralnej pod egidą wąsatego samca alfa robiła co jej się podobało, wszystko z pogwałceniem prawa, ale nie było sprawy, bo zamiast prawa i przyzwoitości mieli co? Mieli – jak to ujmuje żurnalista – “wartość moralną i faktyczną Marszałka Piłsudskiego”, czyli przekładając na nasze – wojsko, policję i służby specjalne. Teraz zaś samiec już nie jest taki bardzo alfa i chyba lada chwila kopnie w kalendarz, ekipa odnowy i uzdrowienia daje więc Narodowi “normę prawną, ustawę”, uchwaloną jak się ekipie chciało, bo przecież prawdziwego Polaka nie mogą wiązać przepisy tak niepolskiego tworu, jakim była konstytucja poprzednia. Et voilà!

BEZ OBAW, BRACIA ŚLĄZACY!

Co do autonomii województwa, pan redaktor uspokaja, że nie ma powodu do obaw, autonomia ma się świetnie, gdyż nowa konstytucja “znosi tylko warunek statutu organicznego Śląska, że zmiana tego statutu musi nastąpić za zgodą Sejmu Śląskiego, a uprawnienie to przenosi na Sejm ogólnopolski”. Prawda, że nic wielkiego? Pan redaktor, jak i wszyscy powstańcy są sercem całym za autonomią i nieba jej przychylić gotowi. No, ale niestety jest pewne ale: “my powstańcy nie moglibyśmy tolerować takich przejawów życia politycznego, które są szkodliwe dla państwa”, a jak wiadomo autonomia potrzebna jest przede wszystkim, jak wymienia skrupulatnie powstaniec-żurnalista “wszelkiem warchołom, kombinatorom politycznym i wrogom państwowym”. Tak że wicie-rozumicie, z bólem serca, rozterką w duszy – autonomia jest wporzo, ale dopiero gdy “zrównamy doktrynę polityczną Śląska z ogólnopolską, co staje się zupełnie zrozumiałe”. Jak dwa razy dwa, panie redaktorze!

sejm_śląski

 

ŚLĄSKO-POWSTAŃCZA FINEZYJNA LUBRYKACJA

Na koniec, dla rozluźnienia, jako że szczęśliwie udało wam się przebrnąć cały przydługi artykuł, pokaz mistrzowski finezyjnej sztuki stosowania lubrykantu w wykonaniu pana redaktora prawdopodobnie-Paszkowskiego. Podsumowuje pan redaktor: “mamy zaufanie do naszych kierowników i wodzów, którzy nas nie zawiedli w ciężkich chwilach walki o wolność i w tyloletniej ciężkiej pracy obywatelskiej. Mamy niezachwianą wierność dla Rzeczypospolitej (…), a przede wszystkiem wiemy niezachwianie, że w Polsce nas, Ślązaków, zaliczają do najmilszych i najdroższych synów Ojczyzny i nikomu w myśli nie powstało nas w jakimkolwiek względzie krzywdzić”. I jeszcze trochę lubrykantu, tym razem skojarzonego z autoerotyzmem: “Jesteśmy dumni z naszej pracy niepodległościowej i powstańczej, i wiemy, że Wódz Narodu Marszałek Józef Piłsudski, zalicza nas do swych najdumniejszych żołnierzy”. Łubudubu, niech nam żyje prezes naszego klubu!