Fryderyk zwany Czarnym Pstrągiem

To oto urocze okienko, to okienko budynku nadszybia szybu nr 17 Sztolni Głębokiej Fryderyk (Tiefe Friedrich-Stollen), którego drążenie zakończono akurat w okrągłym 1830 roku. W tymże roku na świat przyszedł przyszły książę Guido Henckel von Donnersmarck, którego gustowny pałacyk myśliwski (Jagdschloß Repten) już za dziesięć lat stanąć miał całkiem niedaleko od tego szybu. Kiedy więc Guido zajmował się głównie zapełnianiem pieluch, Rudolf von Carnall był już na świecie na tyle długo, by zdążyć zostać nadinspektorem tarnogórskiego urzędu górniczego i osobiście wykonania szybu doglądać.

Należący do świerklanieckiej linii Hencklów von Donnersmarck pałac w Reptach powstały na miejscu zbudowanego w 1840 r. dużo mniej okazałego pałacyku myśliwskiego

W szybie nr 17 nie byłoby niczego szczególnego, bo to tylko jeden z 25 (niektórzy twierdzą, że 26) podobnych do siebie jak krople wody szybów wentylacyjnych i maszynowych tego imponującego dzieła sztuki górniczej, jakim jest Sztolnia Głęboka Fryderyk, gdyby nie to, że właśnie pomiędzy nim, a podobnym szybem nr 13 uruchomiono w drugiej połowie XX wieku podziemną trasę turystyczną, którą zwiedzać można i dziś. Robi się to za pomocą łodzi, bo sztolnia zalana jest wodą, albowiem od tego właśnie sztolnie są, by była w nich woda.

Fragment Sztolni Głębokiej Fryderyk (foto: Piotr Miemiec)

Sama Sztolnia Głęboka Fryderyk, której udostępniony do zwiedzania fragment twórcy trasy nazwali Sztolnią Czarnego Pstrąga, była przedsięwzięciem ogromnych rozmiarów, prowadzonym w skrajnie trudnych warunkach geologicznych. Drążenie sztolni prowadzono czternastoma przodkami jednocześnie i tunele te – żeby wszystko to miało sens – musiały się w pewnym momencie ze sobą pospotykać. No i się spotkały. Wyobraźcie sobie jak niesamowitymi specjalistami w swoim fachu musieli być ówcześni mierniczy górniczy, by zachować tak wielką precyzję nie dysponując wszystkimi tymi elektronicznymi cudami, którymi dysponujemy współcześnie.

Schemat Sztolni Głębokiej Fryderyk z zaznaczonym na czerwono fragmentem udostępnionym do zwiedzania. Rozbieżności w numeracji szybów w tekście i na schemacie wynikają z tego, że autor tekstu uwzględnił w numeracji szyby maszynowe, zaś autor grafiki nie uwzględnił (autor grafiki: Mieczysław Filak, http://www.montes.pl)

Budowę sztolni zakończono uroczyście w 1834 r. po długich 14 latach prac, ale to i tak rok wcześniej niż zakładał projekt. Sztolnia ma długość nieco ponad 4,5 kilometra. Niektórzy mogliby pomyśleć, że dupy nie urywa, bo współcześnie drąży się i po 800 metrów bieżących na miesiąc, ale spróbujcie coś takiego wydłubać w litej skale nie posługując się potężnym kombajnem ścianowym, zamiast przenośników taśmowych mając do transportu konia z wagonikiem.

Ozdobne zakończenie chodnika sztolniowego (wylot sztolni) znajdujące się na terenie gminy Zbrosławice. Na tympanonie oryginalnie znajdował się napis z nazwą sztolni TIEFE FRIEDRICH STOLLEN, ale został zapaćkany przez krzewicieli polskości., bo ich zapewne irytował. Poniżej data rozpoczęcia budowy sztolni i godło górnicze

Szybom nr 17 i 13 nadano na potrzeby trasy turystycznej imiona odpowiednio: Sylwestra i Ewy, zaś rotundy nadszybia są jedynie XX-wiecznymi rekonstrukcjami, ale patrząc na zachowane do dzisiejszych czasów ruiny rotund nadszybia szybów nr 1 i 4 trzeba przyznać, że są to rekonstrukcje bardzo udane.

Ruiny rotundy szybu wentylacyjnego (Lichtschacht) nr 1
Reklamy

Co wynikło z podziału Górnośląskiej Szkoły Górniczej na część niemiecką i polską?

Nieco ponad miesiąc temu minęło dokładnie 95 lat od podziału działającej w Tarnowitz / Tarnowskich Górach od 1803 r. szkoły górniczej na część niemieckojęzyczną podlegającą Związkowi Przemysłu Górniczo-Hutniczego (Berg- u. Hüttenmännischen Verein) w Gliwicach oraz część polskojęzyczną podporządkowaną Górnośląskiemu Związkowi Przemysłowców z siedzibą w Katowicach.

Pięczęć listowa Szkoły Górniczej w Tarnowitz / Tarnowskich Górach

Obie szkoły działały w tym samym budynku zbudowanym dla Bergschule zu Tarnowitz w 1892 r. (obecnie budynek Zespołu Szkół Gastronomiczno-Hotelarskich), ale tylko przez pół roku, do czasu gdy polskie władze zarządziły, iż nauka ma odbywać się wyłącznie w języku polskim. Wkrótce potem część niemiecka przeprowadziła się do gmachu dawnego Królewskiego Seminarium Nauczycielskiego w Peiskretscham / Pyskowicach (obecnie Zespół Szkół im. M. Konopnickiej). Zmuszonego już wcześniej do opuszczenia Tarnowskich Gór dyrektora szkoły profesora Albrechta Schwidtala – światowej sławy naukowca, autora wielu cenionych opracowań naukowych i podręczników z dziedziny m.in. mechaniki – zastąpił najpierw tymczasowo asesor Urzędu Górniczego Hans Fromm, a nieco później znany geolog, dyrektor kilku kopalń należących do von Donnersmarcków – doktor Arno von Oheimb. To w części niemieckojęzycznej.

Oddany do użytku w 1892 r. nowy budynek szkoły przy Carlshoferstraße (obecnie Miarki). Po lewej profesor Albrecht Schwidtal, po prawej doktor Leopold Geisenheimer

Polskojęzyczną częścią szkoły od jej utworzenia do zamknięcia w 1933 r. zarządzał inżynier Feliks Piestrak. Piestrak to urodzony pod Rzeszowem i zawodowo związany do tej pory wyłącznie z Galicją inżynier górnik, absolwent austriackiej Akademii Górniczo-Hutniczej w Leoben, a w latach 1908-13 i 1918-23 dyrektor państwowej szkoły górniczej w Wieliczce. Człowiek utalentowany, pracowity i wszechstronny, oprócz niewątpliwie ścisłego, technicznego umysłu obdarzony również uzdolnieniami natury humanistycznej. Mimo wszystko jednak, nie był to gracz tej samej ligi, co wcześniejsi “przedpodziałowi” dyrektorzy szkoły – dr Geisenheimer, prof. Schwidtal, czy “popodziałowy” dyrektor części niemieckiej dr Oheimb.
Prowadzenie lekcji w części polskojęzycznej było o tyle trudne, że uczniowie bardzo słabo władali językiem polskim i niejednokrotnie trzeba było lekcje powtarzać po niemiecku, co jednak z pewnością nie przychodziło inż. Piestrakowi ze zbyt wielką trudnością, jako wychowankowi austriackiej uczelni i autorowi górniczego słownika niemiecko-polskiego.

Budynek szkoły górniczej w Peiskretscham / Pyskowicach (ze zbiorów Rolanda Skubały)

Polska część szkoły zakończyła żywot w 1933 r. kiedy to polskie władze zlikwidowały placówkę, Piestraka wysłały na emeryturę, zaś nową szkołę założyły sobie w Katowicach. Niemiecka część przestała istnieć w styczniu 1945 r. wraz z wkroczeniem Armii Czerwonej do Pyskowic.

Interesujące, że w odległym Bochum na ścianie Politechniki Górniczej znajduje się tablica o treści: „Poświęca się pamięci wszystkich byłych nauczycieli i uczniów Górnośląskiej Szkoły Górniczej z Tarnowskich Gór – Pyskowic”. Natomiast na dawnym budynku szkoły w Tarnowskich Górach zdecydowano się z całej 130-letniej historii szkoły upamiętnić jedynie 9 lat istnienia jej części z polskim językiem wykładowym oraz wspomnieć o jednym tylko dyrektorze – dyrektorze tejże polskiej części inżynierze Piestraku.

Fragment drzwi dawnego budynku tarnogórskiej szkoły górniczej (widok współczesny)

CIEKAWOSTKA:
Według danych z 1931 r., w kopalniach podległych polskiemu Wyższemu Urzędowi Górniczemu w Katowicach pracowało 17 absolwentów dąbrowskiej „Sztygarki”, 22 – szkoły z Wieliczki, 200 – Akademii Górniczej w Krakowie i aż 751 absolwentów szkoły tarnogórskiej. Biorąc pod uwagę, że w latach 1924 -1933 polską (polskojęzyczną) część podzielonej szkoły opuściło 331 absolwentów, zdecydowana większość zatrudnionych w górnictwie górnośląskim po polskiej stronie granicy musiała zostać wykształcona w placówce – że się tak wyrażę – oryginalnej, tj. z niemieckim językiem wykładowym.

Czy sikanie pod murem huty może przynieść patent na nierdzewkę?

W 1912 r. pochodzący z Tarnowskich Gór inżynier chemik, hutnik i wynalazca Max Mauermann odniósł sukces swojego życia – opracował technologię wytwarzania stali nierdzewnej. Receptura stopu żelaza, chromu i niklu, której od dawna poszukiwało wielu badaczy na całym świecie wynaleziona została w wyniku powtarzanych do znudzenia eksperymentów, ale ostatecznie sukces nadszedł dzięki zjawisku, które w języku niemieckim określamy mianem Zufall, a po śląsku – dość podobnie – cufal. Okazało się, że z niezbyt eleganckiego sikania pod murem huty może czasem wyniknąć coś pozytywnego

Max Mauermann

Na przedmieściach Wiednia, w południowo-wschodniej, peryferyjnej części miasta noszącej nazwę Favoriten, tuż obok parku Löwygrube, jest całkiem zielono i przyjemnie. I nudno. Miejsce do zamieszkania świetne, ale wspaniałości, przepychu i architektonicznego rozmachu okazałej stolicy habsburskiej monarchii nie widać stąd ani trochę. Po drugiej stronie parku jest już lepiej, ale – choć do obejrzenia jest najstarsza europejska karuzela – delikatnie mówiąc, niczego nie urywa.

W tej właśnie okolicy uliczki swego imienia dochrapał się inżynier, doradca techniczny, dyrektor – ogólnie wieloletni pracownik – austriackiego przemysłu stalowego, ale przede wszystkim wynalazca stali nierdzewnej Max Mauermann. Wiedeńczykiem był dość krótko, bo spędził tu jedynie dwa ostatnie lata swego życia, gdy już po odejściu ze stanowiska dyrektora zakładów hutniczych na emeryturę, macierzysta firma uczyniła go doradcą technicznym w stołecznej centrali. Najważniejszego wynalazku swojego życia dokonał Max w 1912 r., a w roku następnym zaprezentował go na prestiżowej Wystawie Adriatyckiej w Wiedniu. Niedługo po Mauermannie ten sam rodzaj stali opatentował w sąsiednim cesarstwie, w Essen (Zagłębie Ruhry), Clemens Pasel z firmy Krupp, co oczywiście zainicjowało konflikt między panami, jak i zatrudniającymi ich firmami, a eksponaty z wiedeńskiej wystawy wystąpiły jeszcze raz, tym razem w charakterze głównych dowodów w wieloletnim procesie przed Sądem Patentowym. Mauermann wygrał, ale się nie ucieszył, bo gdy zapadł wyrok, już od trzech dni hasał beztrosko słonecznymi alejami niebiańskiego ogrodu.

Królewskie Gimnazjum Realne w Tarnowskich Górach (obecnie II Liceum Ogólnokształcące)

Max Mauermann przyszedł na świat w Tarnowskich Górach 22. lipca 1868 r. w rodzinie urzędnika zarządu kolejowego transportu towarowego. Wyedukowawszy się w otwartym ledwie dwa lata po jego urodzeniu Gimnazjum Realnym w Tarnowskich Górach, rozpoczął studia chemiczne we Wrocławiu. Po ich ukończeniu zatrudniła go Bismarck-Hütte w Hajdukach (czyli po dzisiejszemu w Chorzowie Batorym), najpierw na stanowisku inżyniera chemika, później głównego chemika. W 1899 r. Mauermann przeprowadził się do Mürzzuschlag w Styrii (Austria), gdzie jako główny inżynier objął kierownictwo zakładu hutniczego firmy Phönix-Stahl-Werke Joh. E. Bleckmann. W tejże firmie – która po połączeniu w 1924 r. z Schöllerstahlwerken przyjęła nazwę Schöller-Bleckmann Stahlwerke A.G. – pozostał aż do śmierci, czyli przez równe 30 lat. Początkowo kierował oddziałem odlewów staliwnych, później przejął kierownictwo całej huty oraz instytutu badawczo-eksperymentalnego. Po połączeniu, w ramach centralizacji zarządzania hutami obu firm, przeniósł się do Ternitz, by ostatecznie w 1927 osiąść w Wiedniu.

Bismarck-Hütte w Bismarckhütte, czyli w Hajdukach, czyli w Chorzowie Batorym

Mauermann nie jest oczywiście autorem pomysłu opracowania stali odpornej na korozję. Tego typu potrzebę ludzkość zidentyfikowała dość dawno, a więc i rozmaite koncepcje rozwiązania problemu nie były niczym nowym. Na początku XIX wieku odkryto we Francji, że mieszanka żelaza i chromu chroni stal przed działaniem kwasów. Przemysł metalurgiczny niespecjalnie się jednak zainteresował odkryciem, bo otrzymana z takiej mieszanki stal była zbyt krucha, by mogła się do czegoś przydać. Zgłoszony w 1910 r. przez hutę Poldi z Kladna (Czechy) patent na stal do produkcji luf zawierającą ok. 10% niklu i do 0,25% węgla, skłonił Mauermanna do rozpoczęcia serii eksperymentów ze stopami żelaza, chromu i niklu. Oczywiście nie on jedyny na całym świecie eksperymentował, chętnych do opatentowania technologii wytwarzania nierdzewnej stali o satysfakcjonujących parametrach wytrzymałościowych było wielu. Głównym problemem badaczy, oprócz oczywiście niezwykle wysokich kosztów badań, był dobór odpowiednich proporcji składników oraz optymalnych parametrów procesu wytopu.

Zakłady hutnicze Phönix-Stahl-Werke Joh. E. Bleckmann w Mürzzuschlag

Odkrycie perfekcyjnej kombinacji nastąpiło przez przypadek i w okolicznościach daleko odbiegających od wzorców elegancji. Równolegle ze wspomnianymi pracami, laboratorium Mauermanna eksperymentowało ze stopami starając się uzyskać większą twardość stali szybkotnącej. W trakcie jednego z eksperymentów wykonano 50-kilogramowy stalowy kloc, który po testach wyrzucono za drzwi hali produkcyjnej, pod ogrodzenie, gdzie pracownicy zwykli załatwiać swe szybkie potrzeby fizjologiczne. Robotnicy, z lubością obsikujący do niczego innego niepotrzebny już element dość szybko zauważyli, że w przeciwieństwie do innych walających się tam stalowych odpadów, ten akurat nie pokrywa się rdzawym nalotem i donieśli o tym szefowi. Biorąc pod uwagę, że parametry każdego z eksperymentów skrzętnie zapisywano, odtworzenie idealnej kombinacji składników nie było trudne. Pozostało więc tylko popracować nieco nad doborem optymalnych warunków obróbki cieplnej w celu uzyskania odpowiedniej obrabialności stali – i gotowe! Pewną rolę w tym późniejszym dopracowywaniu wynalazku odegrała również pochodząca ze Świętochłowic żona Maxa, Ida (z d. Kempe), z którą Max ożenił się kilka lat wcześniej. Mauermann wykonał dla niej z tego materiału kilka noży kuchennych, które stały się następnie przedmiotem wszechstronnych testów w chemicznie niełatwym dla stali środowisku kuchni Mauermannów. Niedługo później odkrycie zaprezentowano na wiedeńskiej Wystawie Adriatyckiej.

Adria-Ausstellung 1913, wiedeńska Wystawa Adriatycka z lotu ptaka (czy może raczej sterowca)

Max Mauermann posiadał ogromną wiedzę, cechowała go przy tym żelazna konsekwencja, pracowitość i wielki entuzjazm. Współpracownicy wspominali Maxa jako osobę sympatyczną, serdeczną i niezwykle uczciwą. Owocem 32-letniego związku Maxa i Idy były trzy córki i syn. Max odszedł w zaświaty w wieku 61 lat, po długiej i ciężkiej chorobie 1. lipca 1929 roku w Wiedniu.

O tym, jak Dzieciątko przyniosło profesorowi Wyrtkiemu z Tarnowskich Gór sławę i uznanie

Co roku w grudniu przez południowy Pacyfik przepływa w kierunku wybrzeża Ekwadoru i Peru łagodny prąd ciepłej wody. Przed wiekami otrzymał on od peruwiańskich rybaków nazwę “El Niño”, bo pojawia się zwykle w okolicach Bożego Narodzenia, a po hiszpańsku “el niño” oznacza “dzieciątko”, płci męskiej rzecz jasna. Z nieznanych wciąż powodów, co kilka lat prąd zyskuje ponadprzeciętnie wysoką temperaturę i utrzymuje się kilkanaście miesięcy. To właśnie zjawisko “zawłaszczyło” nazwę nadaną pierwotnie prądowi morskiemu i ma ogromny wpływ na klimat w rejonie Pacyfiku, a prawdopodobnie również na całej Ziemi. Powoduje intensywne ulewy na zachodnim wybrzeżu Ameryki Południowej, zaś po drugiej stronie – w Azji południowo-wschodniej i północnej Australii – katastrofalne susze. Cyklony, pożary buszu, burze pyłowe, potężne opady deszczu, powodzie, osunięcia mułu – to wszystko przynosi “Dzieciątko” co pewien czas mieszkańcom tej części świata.

Małemu Klausowi wychowanemu na Górnym Śląsku Dzieciątko w grudniu z pewnością kojarzyło się z czymś zdecydowanie bardziej przyjemnym niż te tropikalne okropieństwa, niewykluczone zresztą, że absolutnie nic o nich nie wiedział. Przyjdzie jeszcze na to czas. Klaus Wyrtki pojawił się na świecie 7 lutego 1925 r. w Tarnowskich Górach. Nie wiemy zbyt wiele o jego dzieciństwie, Klaus niespecjalnie lubił wracać do przeszłości. Pisał że jest człowiekiem teraźniejszości, poza tym ma bardzo złą pamięć, co zresztą jest jego błogosławieństwem, bo jak śpiewała mu mama “Mach es wie die Sonnenuhr, zähl die heiteren Stunden nur” (rób jak zegar słoneczny, licz tylko pogodne godziny). Nastoletni Klaus miał dość osobliwe marzenie jak na Ślązaka. Wspominał później, że już w wieku czternastu lat wiedział co chce w życiu robić, a chciał budować statki, konkretnie – projektować lotniskowce. W realizacji tego niezwykłego marzenia był pewien szkopuł natury ekonomicznej. Sytuacja finansowa matki samotnie wychowującej Klausa, bo ojciec umarł gdy ten miał cztery lata, delikatnie mówiąc nie sprzyjała śmiałym planom życiowym. Chłopak wymyślił więc, że zaciągnie się do marynarki i tam postara o skierowanie do odpowiedniej uczelni. W wieku siedemnastu lat zgłosił się więc na ochotnika, ze świadectwem ukończenia szkoły średniej, choć bez matury. Maturę podarowało Wyrtkiemu państwo, ale nie za darmo, bo taki przyspieszony tryb uzyskiwania wykształcenia – a był 1942 rok – władze przewidziały dla narwańców chcących koniecznie wziąć udział w wojnie. Wychodzono zapewne z założenia, że i tak większość z tych chłopców nie rozpocznie kolejnego etapu edukacji. Klaus oczywiście nie zgłosił się do Marynarki Wojennej RP, bo choć nie wiemy czy nasz tarnogórzanin przeżywał jakieś rozterki na tle tożsamości narodowej, to jeśli mieszkając w 1942 r. w Tarnowskich Górach chciał koniecznie wstąpić do marynarki, to jedyną istniejącą w promieniu tych około pięciuset kilometrów była Kriegsmarine.

wyrtki_sudfal1949 (a).jpegRok 1949, Klaus Wyrtki na pokładzie statku badawczego Sudfall

Cokolwiek robił Wyrtki w marynarce, wbrew pierwotnym zamierzeniom nie postudiował sobie. Po klęsce Niemiec drogę powrotną do rodzinnego miasta miał zamkniętą, nie opuściło go jednak pragnienie zdobywania wiedzy. Pod koniec 1945 r. wiele niemieckich uniwersystetów zaczęło ponownie otwierać podwoje, Klaus zaś przemierzał okupowany kraj – co zrozumiałe, za wyjątkiem strefy radzieckiej – w poszukiwaniu uczelni, która gotowa byłaby go przyjąć. Budowa lotniskowców z wiadomych względów przez dłuższy czas nie wchodziła w rachubę, chłopak myślał więc o jakiejś inżynierii wodnej, budownictwie morskim, stoczniowym, czymś w tym stylu. Nie udało się w Karlsruhe, nie udało w Darmstadt, udało się w małym Marburgu, pierwotnie trzydziestotysięcznym, teraz nabitym po brzegi uchodźcami ze wschodu. Kierunek niewiele miał wspólnego z morzem, bo przyjęto Wyrtkiego na ‘Matematykę i fizykę’, ale wybrzydzać w tej sytuacji byłoby niedorzeczne. Niezbyt mu ta matematyka i fizyka była w smak, dlatego gdy już trochę rozgościł się na uczelni zaczął dyskretnie rozglądać się za czymś innym. Zainteresował się geografią, poszedł więc na kilka zajęć, gdzie ze zdumieniem odkrył, że istnieje taka dziedzina nauki jak meteorologia, zaś przeczytawszy podręcznik uświadomił sobie także istnienie oceanografii. I dla tej właśnie oceanografii porzucił w 1948 r. matematykę wraz z fizyką, uzyskawszy jednak wcześniej magisterium, bo nierozsądnie jest nie doprowadzać spraw do końca. Kolejne studia podjął w Instytucie Oceanografii Uniwersytetu w Kiel, u profesora Wüsta. Dziedzina ta pochłonęła go całkowicie i w 1950 r. obronił pracę doktorską na temat zmętnienia wody w Bałtyku.

inst_meereskunde_kiel.jpgInstytut Oceanografii Uniwersytetu w Kiel (Kilonia)

Wkrótce po tym zaczął rozglądać się za robotą, bo z kasą było krucho. Nie szukał zbyt długo, przez przypadek pierwszym pracodawcą Klausa została sama Jej Wysokość Elżbieta II. Na przełomie lat 40/50 aliancki drenaż wszelkiej wiedzy będącej w posiadaniu Niemców trwał w najlepsze, a jednym z wielu jego elementów było “zabezpieczanie” przez Brytyjczyków danych Niemieckiego Instytutu Hydrograficznego. Zadanie to nadzorował admirał Carruthers. Aby cokolwiek zrobić, admirał potrzebował niemieckiego asystenta i go miał, ale po czterech latach współpracy z Carruthersem asystentowi udało się uchwycić etat na uniwersytecie. Wakatu nie udawało się zapełnić przez ponad pół roku, dlatego ostatecznie Wyrtki jako najmłodszy z oceanografów w Instytucie został życzliwie wypchnięty na to niechciane stanowisko. Klaus wspomina, że dostał piękne biuro piętro nad biurem dyrektora Instytutu, który nawiasem mówiąc był ojcem jego kumpla, i zdarzało się, że ów dyrektor dzwonił ze słowami: “Herr Wyrtki, proszę zejść do mnie na dół, musi pan coś podpisać w imieniu Jej Królewskiej Mości”. Po sześciu miesiącach fundusze przeznaczone na stanowisko asystenta admirała skończyły się, ale szczęśliwie Klaus niemal natychmiast wskoczył na staż podoktorski finansowany przez coś w rodzaju narodowego funduszu nauki. Następne trzy lata strawił więc na zgłębianiu kwestii związanych z wymianą wód między Bałtykiem i Morzem Północnym.

wyrtki_stazpodokt1953 (a).jpeg

Rok 1953, świeżo upieczony doktor oceanografii

Po zakończeniu stażu przyszło stawić czoła bezrobociu, rzeczy należącej do codzienności w Niemczech wczesnych lat powojennych. Pewnego dnia kolega meteorolog otrzymał list z ofertą pracy w Indonezji, ale stwierdził że wolałby już Biegun Północny od tropików. Wyrtki nie był tak wybredny i kilka miesięcy później siedział już w Indonezji i pracował jako dyrektor Instytutu Badań Morskich. Dostał całkiem niezły stateczek “Samudera”, niestety słabo wyposażony w sprzęt badawczy, był też jedynym naukowcem w ekipie. Wiele zdziałać więc nie mógł, ale skompletował tyle informacji ile się dało i napisał książkę, która do dziś jest podstawowym źródłem wiedzy oceanograficznej dotyczącej tego regionu. Następnym etapem była Australia, gdzie naukowiec brał udział w szeroko zakrojonym programie pomiarów zasolenia z użyciem pionierskiej aparatury. Takich programów, badań, eksperymentów było jeszcze kilka, m.in. w jednej z instytucji Uniwersytetu Kalifornijskiego, ostatecznie jednak osiadł Klaus na Hawajach decydując się przyjąć w 1964 r. ofertę Uniwersytetu Hawajskiego w Mānoa, który zaproponował mu stanowisko profesora na nowo utworzonym Wydziale Oceanografii.

wyrtki_samudera1955 (a).jpegRok 1955, na pokładzie indonezyjskiego statku “Samudera”

I tu na scenę wchodzi wspomniane na wstępie Dzieciątko, El Niño. Wchodzi nie tak od razu, bo nim weszło, Klaus zdążył wraz ze współpracownikami m. in. stworzyć od podstaw nowy wydział, zmapować prądy morskie wokół Hawajów i wydać atlas oceanograficzny Oceanu Indyjskiego. El Niño gwałtownie nawiedziło region w 1972 r., co zwróciło uwagę Wyrtkiego na ten fenomen i dało początek budowie ogromnej sieci punktów badawczych umożliwiających monitorowanie poziomu wód Pacyfiku. Monitorowanie w czasie bliskim rzeczywistemu było o tyle istotne, że pozwalało stworzyć system powiadamiania z wyprzedzeniem o nadchodzącej katastrofie. Oczywiście zbieżność początków prac z wystąpieniem El Niño w 1972/73 nie była przypadkowa. Wiadomo, że katastrofy dość skutecznie odblokowują kurek z pieniędzmi na zapobieganie im – kurek, na którym rękę trzymają instytucje państwa – zaś bez pieniędzy nie ma nic, w tym badań.

manoa.jpgWydział Oceanografii w Mānoa

Postawienie tezy o El Niño – który do tej pory postrzegany był jako zjawisko wyjątkowe i niedające się przewidzieć – jako fenomenie możliwym do przewidzenia na kilka miesięcy przed wystąpieniem oraz wyjaśnienie mechanizmu powstawania tego zjawiska stanowią największe dokonanie życiowe profesora Wyrtkiego. Jak to możliwe, że Wyrtki wpadł na to wszystko, skoro dysponował tak bardzo ograniczoną liczbą danych, sieci badawczej wszak jeszcze nie było, pieniądze na nią dopiero się załatwiały? Otóż Klaus był niedoścignionym mistrzem w analizowaniu danych, współpracownicy mówią o nim do dziś “data wizard” – czarodziej danych. Ale nie tylko to. Sam Klaus wspominał, że gdy szukał wyjaśnienia, uświadomił sobie iż kiedyś, na długo zanim w ogóle usłyszał o El Niño, zetknął się z czymś nieco podobnym. Pewnego dnia w Kiel, w 1952 roku, morze zalało promenadę ciągnącą się wzdłuż przystani. Profesor Wüst polecił Klausowi, jako ćwiczenie intelektualne, zebrać dostępne informacje i przekonująco wyjaśnić co się właściwie wydarzyło. A cóż się wydarzyło? Na Bałtyku trwał sztorm. Burza niezwykle szybko przesunęła się nad Skandynawią, a południowo-zachodnie wiatry u czoła burzy pchały wodę w kierunku Finlandii. Dwanaście godzin później kierunek wiatru zmienił się i teraz wiatr północny zawrócił te masy wody z powrotem w kierunku Kiel, więc poziom morza w tej miejscowości podniósł się o ponad metr, co jest zjawiskiem bardzo rzadko tam spotykanym. Kiedy więc pewnego dnia, wiele lat później i wiele tysięcy kilometrów dalej, analityk przyniósł Klausowi dane z dwóch bardzo oddalonych od siebie stacji pomiarowych na Pacyfiku – jednej na Wyspach Galapagos, drugiej na Wyspach Salomona – okazało się że w roku 1972, gdy zaczął się El Niño, poziom wody na Galapagos gwałtownie wzrósł o 20 cm, zaś na Wyspach Salomona obniżył się w ciągu roku o około 25 cm. Wyrtki, wiedząc jak zmieniał się kierunek wiatru, skojarzył to ze starą historią z Kiel i zorientował się na zasadzie analogii, że El Niño po prostu zawraca masy wody. Formuje się wtedy wielka fala, która przesuwa się na wschód wzdłuż równika, ciepła woda pojawia się we wschodniej części oceanu, a poziom wody w części zachodniej się obniża. Tak to Dzieciątko, El Niño, przyniosło Klausowi uznanie w świecie nauki oraz sławę.

wyrtki_2010.jpgProfesor Wyrtki w sędziwym już wieku

Klaus Wyrtki był człowiekiem pełnym pozytywnej energii, humoru i zapału. Oprócz ogromnej wiedzy i niezwykłej zdolności wyciągania z suchych danych rzeczy najistotniejszych i łączenia ich ze sobą zależnościami przyczynowo-skutkowymi, miał niezwykły głód przygody. Był również utalentowanym pedagogiem, skutecznie zaszczepiał swoją wiarę w wielką wartość dokładnej obserwacji, uważnej analizy i dbałości o szczegóły. Dzięki swej wiedzy, doświadczeniu, talentowi i pomysłowości wniósł ogromny wkład we współczesną oceanografię. Odszedł w 2013 roku, dwa dni przed swoimi 88. urodzinami w Mānoa na Hawajach, 12 tysięcy kilometrów od Tarnowskich Gór – miejsca, gdzie przyszedł na świat i z którym związana była jego młodość. Zostawił żonę Erikę, córkę Undine, syna Olivera oraz trójkę wnucząt.

Gwarkowie, przedsiębiorcy z branży wydobywczej

Fanpage’owi oraz blogowi „Na krańcu Królestwa, am Ende des Reiches” stuknęła właśnie pierwsza rocznica zaistnienia w cyberprzestrzeni, a już za kilka dni, w piątek rozpocznie się święto miasta Tarnowskie Góry. Święto bardzo silnie związane z górniczą przeszłością miasta i regionu, oczywiście nie tylko z uwagi na nazwę „Gwarki”. Z tej okazji pozwolę sobie zatem przypomnieć jeden z pierwszych tekstów, opublikowany niemal równo rok temu, wyjaśniający pochodzenie i znaczenie słowa „gwarek”.

Agricola_6B_131

„Gwarek” nie należy z pewnością do najpopularniejszych słów w polszczyźnie. Co bardziej zaawansowanym miłośnikom ornitologii kojarzy się najwyżej z egzotycznym, azjatyckim ptaszkiem. W kontekście profesji rozpoznają to dość archaiczne słowo nieliczni, a i to głównie lokalnie, w regionach związanych tradycyjnie, od wieków z wydobyciem kopalin. W Tarnowskich Górach z rozpoznawalnością „gwarka” jest chyba najlepiej, z uwagi na popularyzację tematu w drugiej połowie XX w. przez Stowarzyszenie Miłośników Ziemi Tarnogórskiej, dokonaną między innymi przez nadanie nazwy „Gwarki” dorocznemu świętu miasta.
Jednakże i w tych uświadomionych kręgach dominuje skojarzenie: gwarek, czyli prosty górnik – ktoś kto bierze kilof, łopatę i co mu tam jeszcze potrzebne, i kuje skałę w poszukiwaniu soli, węgla czy kruszcu. A przecież to niezupełnie i nie do końca tak, choć oczywiście wielu gwarków osobiście i siłą własnych mięśni w swoim czasie ziemię dziurawiło.

Termin „gwarek” przywędrował do polszczyzny – podobnie jak ogromna ilość innych określeń technicznych – z języka niemieckiego. Niemiecki pierwowzór to „der Gewerke”. W „Słowniku górniczym” z 1778 r. Johann Christoph Stößel pisze:

„Gwarkiem jest, kto posiada kopalnię, młyn stęporowy, hutę lub ich część, a przy tym otrzymał licencję”
Gewerke ist, welcher eine Zeche, ein Pochwerk, Schmelzhütte oder ein Theil davon besitzet, und darüber einen Gewährschein erhalten

gwarkowie_AB1.jpg

Ujmując rzecz na sposób współczesny, gwarkowie byli przedsiębiorcami prowadzącymi działalność gospodarczą związaną bezpośrednio z przemysłem wydobywczym. Robili to na podstawie koncesji, licencji udzielonej przez właściciela kopalin. W myśl prawa feudalnego bogactwa wnętrza ziemi uważano za własność królewską lub książęcą (tzw. regale). Dlatego monarcha udzielić musiał przedsiębiorcy pozwolenia na prowadzenie wydobycia. Nie za darmo, rzecz jasna, a w zamian za daninę, zwaną fachowo olborą. Danina ta mogła mieć formę obowiązku sprzedaży metali szlachetnych królowi lub księciu po cenach niższych niż rynkowe.

Fire-setting

Co dość wyjątkowe na tle epoki, gwarek nie musiał być stanu szlacheckiego, zaś w myśl prawa uważany był za wasala króla lub księcia, do którego należało regale. Gwarkowie rekrutowali się początkowo spośród rzemieślników – przybyszów, którzy wnosili do spółki kapitał, narzędzia i sami pracowali przy wydobyciu. Ze względu na duże ryzyko przedsięwzięć górniczych wynikające ze słabej znajomości złóż oraz duże wydatki ponoszone na prace przygotowawcze, większość kopalń budowały i eksploatowały zrzeszenia gwarków zwane gwarectwami. Członkowie gwarectwa zatrudniali na własny rachunek 2-3 robotników pomocniczych. Przypominało to organizację warsztatu rzemieślniczego. Prawodawstwo górnicze polskiego, niemieckiego, czeskiego czy węgierskiego obszaru państwowego było w tej dziedzinie bardzo podobne lub wręcz identyczne.

FG_Bergwerk_und_Huetten_1549.jpg

O gwarkach olkuskich pisze w pracy z 1841 r. „Górnictwo w Polsce. Opis kopalnictwa i hutnictwa polskiego pod względem technicznym, historyczno-statystycznym i prawnym” Hieronim Łabęcki:

„W ekonomii królewskiej ten tylko mógł kopać czyli bydź gwarkiem kto miał udzieloną licencją czyli pozwolenie; w ich udzielaniu nie miano względu na to czy kto był szlachcicem lub nie. Gwarkowie olkuscy byli upoważnionemi przez króla używaczami i podobnych zażywali prerogatyw jak gwarkowie w ościennych krajach, gdzie byli uważani za lenników i prawem lennem pozwolenie było im dawane, chociaż w Polsce zasady prawa lennego rozwiniętemi nie były.
W wewnętrznych pomiędzy sobą stosunkach rządzili się gwarkowie laudami, to jest ustawami przez siebie na zebraniach uradzonemi, do czynienia których upoważniało ich prawo górnicze Jana Alberta przez Alexandra w r. 1505 ogłoszone w artykule 6, w ogólności, a przywileje do prowadzenia sztolniów w szczególności.
Gwarkowie rozróżniali się na sztolnych i opolnych; sztolni byli ci którzy mieli swoje góry czyli szyby w kierunku linii, jednej ze sztolniów; opolni zaś byli ci którzy za temi rozmiarami kopali. Gwarkowie sztolniowi (zwani w prawach niemieckich Stölner, stolniarze), zbierali się kilka razy do roku, zwykle 1 stycznia i 1 maja, dla naradzania się nad przyszłemi wspólnemi potrzebami w prowadzonych przez nich kopalniach, i utrzymaniem sztolni w dobrym stanie, równie jak i dla uczynienia obrachunku, rozkładu składek na powyższe cele zwanych symbola albo zamkosty (Sammkosten, Zubusse), oraz stanowili po naradzie uchwały czyli postanowienia, które obejmowały przepisy moc prawa pomiędzy gwarkami mające. Uchwały takich narad zwane laudami, znajdujemy w xięgach żupniczych i rejestrach kopalń zapisywane. Dla nadania im większej wagi, poddawano je często pod potwierdzenie monarchy”.

Gwarek był więc koncesjonowanym przez króla lub księcia przedsiębiorcą trudniącym się wydobyciem kruszcu, podlegającym jurysdykcji autonomicznego sądu żupniczego, zrzeszonym w gwarectwie i posiadającym prawo głosu w laudach – zgromadzeniach o charakterze m. in. ustawodawczym. Gwarkowie mogli być różnego stanu, pochodzenia, wykształcenia, zamożności, ale odróżniano koncesjonowanych przez właściciela regale gwarków (cultores montium) od górników (montanistae) i robotników (laboratores), którym owi gwarkowie dawali zatrudnienie. Skojarzenie gwarka z prostym robotnikiem kopalnianym, którego od współczesnego górnika odróżnia jedynie fakt bycia częścią zamierzchłej przeszłości jest – jak się wydaje – związane z tym, że „odkurzenie” samego słowa „gwarek”, jak i pamięci o sięgających średniowiecza tradycjach wydobywczych odbyło się w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, co musiało mieć wpływ i na sposób myślenia rekonstruktorów, i na przyjęty sposób opowiadania o dawnych czasach. Bo na pewno łatwiej było namówić lokalnego sekretarza partii robotniczej, bez którego przychylności żadna aktywność nie mogłaby rozwinąć skrzydeł, do popularyzowania opowieści o gwarku – prostym, pracowitym człowieku pracy fizycznej, niż gwarku – prywatnym przedsiębiorcy zatrudniającym ludzi, a więc wedle ówczesnej optyki – kapitalistycznym wyzyskiwaczu.

O Warszawie, której odechciało się przestrzegać prawa

W kraju dzieją się ciekawe rzeczy. Nic dziwnego, bo cały ten kraj jest ciekawostką. Ale nie pierwszy raz się dzieją, działy się już wcześniej. W kwietniu 1935 roku, dla przykładu, kiedy to rządząca krajem od wojskowego przewrotu w 1926 r. junta Piłsudskiego postanowiła uchwalić sobie nową, lepszą konstytucję. Że niby Polacy dojrzeli do nowej konstytucji, że oto kraj w potrzebie, że ostatnie lata to okres zasadniczych zmian, że wiele doniosłych reform udało się przeprowadzić, że godność odzyskali, że zasługują, że pragną. Junta podeszła do sprawy oczywiście w charakterystycznym dla siebie stylu, czyli mając głęboko w d… określony przepisami obowiązującej konstytucji tryb dokonywania zmian. Co ciekawe, wbrew oficjalnej propagandzie, główny architekt sanacyjnej parodii państwa prawa w pracach nie uczestniczył. Nie miał już do tego serca, zajmowały go własne sprawy – zasłabł na uroczystościach, głupio gadał, pojawili się lekarze, a on sam gdzieś się zapodział. Nie było to kolano czy kolejne infekcje bakteryjne, ale tak samo – nic niepokojącego. Ogólnie wszystko w porządku, aż do 12. maja 1935 r., kiedy to nadprezydent, nadpremier i nadparlament w jednej osobie wyruszył był w podróż do krainy wiecznych łowów, defilad, pasjansów. Nowa konstytucja śmigała już wtedy od niemal miesiąca.

pasjansik

O samej konstytucji kwietniowej, jak i wyjątkowo żenującej historii jej uchwalania możnaby długo, ale nie jest to w końcu blog o historii Polski. Nas interesuje pewien szczególny aspekt sprawy. Otóż częścią Konstytucji RP był Statut Organiczny Województwa Śląskiego, który określał szczegółowo ustrój tego autonomicznego obszaru. Oczywiście autonomia województwa, którą uchwalono przed plebiscytem 1921 roku – a więc i przed powstaniem województwa – zaistniała wyłącznie jako wabik, zachęta do głosowania na Polskę w plebiscycie. Jej zaistnienie wiązało się zaś nie z jakimś szczególnym umiłowaniem przez Polaków idei daleko posuniętej samorządności, a z uwagi na wyjątkowo liche podstawy polskich roszczeń terytorialnych względem Górnego Śląska oraz równie nędzne widoki na zwycięstwo w plebiscycie. Wielkopolsce – regionowi podobnie jak Górny Śląsk słabo kompatybilnemu z dominującą, post-rosyjską (w sensie geograficzno-politycznym, ale niestety również w sensie mentalnym) częścią Drugiej Rzeczpospolitej – nigdy nie oferowano statusu autonomicznego, bo i nie było potrzeby. Prawa Rzeczypospolitej do Wielkopolski opierały się na solidnych podstawach, a o przychylność ludności nie trzeba było zabiegać. Nie zabiegano więc.

TRADYCJA BEZPRAWIA I LEKCEWAŻENIA

W Statucie Organicznym, a więc również w Konstytucji RP, ustawodawca przewidział na wypadek chęci “udoskonalania” autonomii przez władzę centralną bezpiecznik w postaci artykułu 44. Brzmiał on: “Ustawa, zmieniająca niniejszą ustawę konstytucyjną, a ograniczająca prawa ustawodawstwa lub samorządu śląskiego wymagać będzie zgody Sejmu Śląskiego”.

Bezpiecznik pomyślany był bardzo mądrze, bo uzależniając zmiany Statutu od zgody Sejmu Śląskiego praktycznie uniemożliwiał ograniczenie lub likwidację autonomii. Oczywiście uniemożliwiał jedynie tak długo, jak długo chciało się polskiej władzy przestrzegać prawa. A odechciało jej się właśnie w owym 1935 roku, gdy wraz z uchwaleniem przez Sejm RP konstytucji kwietniowej zlikwidowano wymóg zgody Sejmu Śląskiego. Bezprawnie, bo zgodnie z prawem do likwidacji tego wymogu konieczna była zgoda Sejmu Śląskiego właśnie. A tej, rzecz jasna, nie było. Warszawa mogła oczywiście przekonywać Sejm Śląski, by zechciał zintegrować się bardziej z resztą kraju i przegłosował zgodę na samozredukowanie się do roli kolejnej instytucji, dla której aktualne widzimisię pana Piłsudskiego stanowiło prawo najwyższe i jedyny sens istnienia. Postawiono jednak na środek dający rezultat szybszy i pewniejszy, czyli złamano prawo, pogwałcono konstytucję, zignorowano umowę państwa z obywatelami, bo i cóż nam zrobią, he, he.

autonomja_sl

Od tej pory swobodny stosunek polskiej władzy państwowej do prawa, lekceważenie umów społecznych i zobowiązań czynionych przez państwo polskie stały się nieodłącznymi elementami polskiej tradycji państwowej. Tradycji pielęgnowanej po dzień dzisiejszy, w ostatnich latach kultywowanej nawet znacznie intensywniej.

CO NA TO ŚLĄSCY POWSTAŃCY?

Co na to powstańcy śląscy? Nietrudno się dowiedzieć, bo Związek Powstańców Śląskich miał swój organ prasowy o nazwie “Powstaniec Śląski”. Oto w kwietniowym numerze miesięcznika ukazał się tekst pt.: “Nowa Konstytucja i stara autonomia”, specjalny artykuł z okazji – jak piszą – “zamknięcia niejako jednego okresu dziejów Polski, a otwarcia drugiego”.

powstaniec_02

Autor, prawdopodobnie redaktor naczelny pisma Jerzy Paszkowski, od pierwszego zdania, bez gry wstępnej osiąga ekstazę: “23. marca 1935 r. jest na pewno epokowym [wydarzeniem] w dziejach naszego Państwa. Uchwalenie przez Sejm Rzeczypospolitej ostatecznego tekstu nowej Konstytucji, nowych podwalin ustrojowych Państwa”. Wydarzenie jest epokowe zdaniem piszącego zapewne dlatego, iż przed zbrojnym przejęciem władzy przez wojskową dyktaturę panowały jakieś dziwne, nietutejsze porządki. Jak pisze chyba-Paszkowski: “[partie] przez swych posłów zebranych w Sejmie ustalały taki tok rządów, jaki najbardziej odpowiadał poszczególnym klasom i warstwom ludności dającym wyborców (…), bez względu na naczelne interesy państwowe”. Interesy wyborców są więc najwyraźniej zwykle rozbieżne z interesem państwa. Zgroza! Pan redaktor wie zresztą jak ta zgroza ma na imię i dzieli się tą wiedzą z czytelnikiem, a jest to: “ustrój sejmowładztwa i tzw. demokracji liberalnej”. Niegodziwy ten stwór powodował, że “państwo i jego rząd musiały w każdym wypadku kupować dosłownie możność takich posunięć, któreby były postępem na polu wzmocnienia siły państwowej”. Oczywiście nie bez powodu potworności te miały miejsce. Wszystko przez poprzedni zbrodniczy system, “który panował do maja 1926 r.” i przez “konstytucję z roku 1921, która ten ustrój uświęcała”.

DEMOKRACJA PARLAMENTARNA NIE DLA MŁODYCH, NIE DLA BIEDNYCH

Wiadomo dlaczego tak było. Otóż owa konstytucja “nie była tworem polskim, z ducha narodowego płynącym (…). Wzięła obce wzory z Francji i Belgii, i przesadziła na grunt polski, gdzie twór ten zaczął wydawać najgorsze owoce”. Albowiem “co dobre dla Francji i Belgii, państw starych, dobrze ugruntowanych i bogatych, może być złe dla państwa młodego (…) oraz biednego”. Demokracja parlamentarna nie jest po prostu dla młodych i biednych. Patrzył więc z rozpaczą autor artykułu, a wraz z nim inni patrioci, jak państwo rozpada się i niszczeje w szponach demokracji. Na szczęście już w maju 1926 r. wódz pana redaktora “rozpoczął dzieło naprawy”.

powstaniec_01

Rozpoczął prowadząc oddziały hobbystycznie podległych mu wojskowych przeciw oddziałom żołnierzy zawodowo podległych rządowi. Pan redaktor “z radością i dumą witał Jego wysiłek, widząc jak pod Jego wodzą Państwo wzmaga na sile, krocząc niepowstrzymanie po szczeblach mocarstwowego rozwoju”. Niestety, owo mocarstwo trapił tego rodzaju problem, że “do 23 marca [1935 roku, czyli do uchwalenia konstytucji kwietniowej] stan faktyczny istnienia silnych rządów, jednolitej władzy, przewaga interesów państwa nad interesami partyjek i klik poselskich opierał się wyłącznie na autorytecie moralnym i tej sile osobistej, jaką w państwie polskiem reprezentuje Marszałek”.

PRAWEM ZBÓJA: NIELEGALNA LEGALIZACJA PO WARSZAWSKU

Inaczej mówiąc, pan redaktor przyznaje, że jedyną podstawą funkcjonowania całej skomplikowanej i rozbudowanej machiny państwowej, jedynym rzeczywiście obowiązującym prawem była od maja 1926 roku wola jednego człowieka, nie będącego zresztą ani prezydentem, ani premierem, cesarzem, królem czy żoną króla. A – jak wiemy – człowiekowi temu właśnie pod koniec 1934 r. zaczęło szwankować zdrowie, pojawiła się więc paląca potrzeba zalegalizowania prowizorki. Co prawda legalizacji dokonano zgodnie z tradycją, w której wyrosła większość obywateli młodego państwa, czyli nielegalnie, prawem zbója, ale któż by się drobiazgami przejmował. Puści się w prasie tysiąc artykułów, że wszystko w mocarstwie w porządku, że cały świat patrzy z podziwem i zazdrością, a pozycja Polski rośnie, rośnie i nie przestaje – i już jest legalnie. A jakby kto nie uwierzył, albo co gorsza innych namawiał do niewiary, to od lipca poprzedniego roku w Berezie Kartuskiej czekała już nowiutka infrastruktura obozowa pod entuzjastycznym nadzorem pułkownika Kostka-Biernackiego, cieszącego się złą sławą żywiołowego brutala, którego zainteresowanie rozmaitymi formami przemocy daleko wykraczało poza zachowania normatywne. “I w tem leży doniosłość nowej Konstytucji” – pisze pan redaktor “Powstańca”. Do tej pory dziarska ekipa odnowy moralnej pod egidą wąsatego samca alfa robiła co jej się podobało, wszystko z pogwałceniem prawa, ale nie było sprawy, bo zamiast prawa i przyzwoitości mieli co? Mieli – jak to ujmuje żurnalista – “wartość moralną i faktyczną Marszałka Piłsudskiego”, czyli przekładając na nasze – wojsko, policję i służby specjalne. Teraz zaś samiec już nie jest taki bardzo alfa i chyba lada chwila kopnie w kalendarz, ekipa odnowy i uzdrowienia daje więc Narodowi “normę prawną, ustawę”, uchwaloną jak się ekipie chciało, bo przecież prawdziwego Polaka nie mogą wiązać przepisy tak niepolskiego tworu, jakim była konstytucja poprzednia. Et voilà!

BEZ OBAW, BRACIA ŚLĄZACY!

Co do autonomii województwa, pan redaktor uspokaja, że nie ma powodu do obaw, autonomia ma się świetnie, gdyż nowa konstytucja “znosi tylko warunek statutu organicznego Śląska, że zmiana tego statutu musi nastąpić za zgodą Sejmu Śląskiego, a uprawnienie to przenosi na Sejm ogólnopolski”. Prawda, że nic wielkiego? Pan redaktor, jak i wszyscy powstańcy są sercem całym za autonomią i nieba jej przychylić gotowi. No, ale niestety jest pewne ale: “my powstańcy nie moglibyśmy tolerować takich przejawów życia politycznego, które są szkodliwe dla państwa”, a jak wiadomo autonomia potrzebna jest przede wszystkim, jak wymienia skrupulatnie powstaniec-żurnalista “wszelkiem warchołom, kombinatorom politycznym i wrogom państwowym”. Tak że wicie-rozumicie, z bólem serca, rozterką w duszy – autonomia jest wporzo, ale dopiero gdy “zrównamy doktrynę polityczną Śląska z ogólnopolską, co staje się zupełnie zrozumiałe”. Jak dwa razy dwa, panie redaktorze!

sejm_śląski

 

ŚLĄSKO-POWSTAŃCZA FINEZYJNA LUBRYKACJA

Na koniec, dla rozluźnienia, jako że szczęśliwie udało wam się przebrnąć cały przydługi artykuł, pokaz mistrzowski finezyjnej sztuki stosowania lubrykantu w wykonaniu pana redaktora prawdopodobnie-Paszkowskiego. Podsumowuje pan redaktor: “mamy zaufanie do naszych kierowników i wodzów, którzy nas nie zawiedli w ciężkich chwilach walki o wolność i w tyloletniej ciężkiej pracy obywatelskiej. Mamy niezachwianą wierność dla Rzeczypospolitej (…), a przede wszystkiem wiemy niezachwianie, że w Polsce nas, Ślązaków, zaliczają do najmilszych i najdroższych synów Ojczyzny i nikomu w myśli nie powstało nas w jakimkolwiek względzie krzywdzić”. I jeszcze trochę lubrykantu, tym razem skojarzonego z autoerotyzmem: “Jesteśmy dumni z naszej pracy niepodległościowej i powstańczej, i wiemy, że Wódz Narodu Marszałek Józef Piłsudski, zalicza nas do swych najdumniejszych żołnierzy”. Łubudubu, niech nam żyje prezes naszego klubu!

 

 

Jan Lubos: O różnicach w rozwoju społecznym Śląska i Polski

Rozwój ustroju i społeczności doprowadził na Śląsku w XVI wieku do wykształcenia społeczeństwa stanowego. Warstwa szlachecka dzieliła się na trzy stany: szlachtę, rycerstwo i panów. Nie było zatem równości szlacheckiej. Istniała duża grupa wolnych chłopów, warstwy pośredniej pomiędzy poddanymi a szlachtą, podlegających, identycznie jak szlachta, bezpośrednio władzy księstwa i uważających się za równych szlachcie, od których formalnie różnił ich tylko brak wykupionego certyfikatu szlacheckiego (nie: nobilitacja, która była wymagana od np. mieszczan).

baner_1

Charakterystyczną, wyłącznie śląską specyfiką było określenie włodyka (wladyka), mające całkowicie odmienne znaczenie niż np. w Czechach, występujące w dokumentach aż do XVI w., łączące w jedną warstwę śląską drobną szlachtę i wolnych chłopów. Są przesłanki, aby sądzić, że górnośląscy wolni chłopi (także sołtysi, młynarze, kuźnicy, flisacy odrzańscy) często z premedytacją nie chcieli certyfikatu szlachectwa. Inaczej niż w Polsce, wiązał się z tym przede wszystkim dodatkowy obowiązek: udział w posiedzeniach Sejmiku księstw.

Prawie na każdym posiedzeniu Sejmiku górnośląskiego uchwalano kary finansowe dla osób (szlachty), które nie stawiły się na obrady. Po raz pierwszy w znanej literaturze dokumentuje to uchwała nr 6 Sejmiku w 1569 r.: „Pokuta na te kteržy na Sniemy se nezjiždeÿ”. Kary te czasami były bardzo dotkliwe, np. na posiedzeniu 7 sierpnia 1571 r., w punkcie 15. uchwały sejmikowej zdecydowano, że kara dla nieobecnych nie usprawiedliwionych wyniesie 10 grzywien (Kdobÿ k Sniemu si ne legalitate ne stanul 10 grzywien pokutÿ powinneinnj) – kwota bardzo wysoka, tyle na przykład wynosił miesięczny koszt utrzymania jednego dragona – i uchwalane były często, prawie na każdym posiedzeniu sejmiku, aż do 1678 r. (uchwała nr 14.: „Každÿ na Sniem obecznÿ pod pokutu wystawenu ma stanuti”).

nuremberg_chronicles_-_bressla

CHŁOPI PARTNERAMI

Nawet chłopi – poddani szlachty często byli traktowani jako partnerzy swoich panów, o czym świadczą zawierane pomiędzy nimi umowy, czy wytaczane przez chłopów swoim panom procesy. Obciążenia pańszczyźniane limitowane prawem nie pozwalały na samowolę właścicieli w tym zakresie. Skodyfikowane przepisy (od czasów górnośląskiego Zrzizeni Zemskÿego) nie pozwalały na samowolę sędziów i przełożonych. Wszystkie problemy osób świeckich z duchowieństwem rozpatrywały sądy świeckie, a nawet, w sprawach między duchownymi, mógł ingerować świecki patron kościoła i wówczas spór rozpatrywał sąd świecki. Duchowieństwo płaciło taki sam podatek, jak szlachta i wolni chłopi. Mieszczanie, a szczególnie patrycjat miejski, traktowani byli jak partner warstwy szlacheckiej. Silna władza królewska (cesarska) limitowana była autonomicznymi uprawnieniami Śląska, z kolei śląska władza centralna musiała przestrzegać autonomicznych uprawnień poszczególnych księstw. Z drugiej strony każde postanowienie lokalnego Sejmiku (np. górnośląskiego) i Sejmu Śląskiego musiało być zatwierdzone przez króla Korony św. Wacława lub cesarza Rzeszy, co wymusiło bezwarunkowe stosowanie się przez obie strony władzy do praw spisanych oraz wymuszało szacunek do nich zarówno władzy, jak i obywateli.

2122

NIC O NAS BEZ NAS

W Polsce rozwój społeczny poszedł zupełnie inną drogą. Polski system stanowy, zapoczątkowany uchwaleniem w 1505 r. konstytucji „nihil novi” (nic o nas bez nas) opierał się na równości szlacheckiej (za wyjątkiem wywodzących się z Litwy i krajów ruskich rodów książęcych wszyscy, przynajmniej teoretycznie, byli równi) z bardzo słabą władzą królewską. Najważniejszą, ważniejszą od króla, władzą był Sejm, który uchwalał wszelkie prawa i zatwierdzał (lub nie) królewskie decyzje. Duchowieństwo stanowiło swoistą super-klasę społeczną rządzącą się własnymi prawami, a chłopi i mieszczanie nie mieli żadnych praw. Obciążenia pańszczyźniane rosły w miarę upływu czasu, ich wysokość zależała jedynie od woli pana – właściciela. Urzędy administracyjne w Polsce nadawane były na ogół w nagrodę za udział w wyprawach wojennych. Były dożywotnie, a czasami nawet dziedziczone. Wielu urzędników jedynie pobierało dochody ze swego urzędu, a czynności prawne w ich imieniu wykonywali mianowani przez nich zastępcy (powszechne funkcje podstarościch, podsędków itp.). Prowadziło to do niewydolności administracyjnej, korupcji, powszechnego sobiepaństwa bogatszych szlachciców. Wprawdzie prawo polskie zostało skodyfikowane stosunkowo wcześnie (kodeks Łaskiego, 1505 r.), jednak powszechnie stosowano prawo zwyczajowe, które zmieniano licznymi nowymi ustawami tak, że statut Łaskiego szybko przestał obowiązywać i Polska prawie do końca XVIII w. nie miała jednolitego zbioru praw.

Podróżujący po Polsce w XVIII w. Inflantczyk F. Schultz tak napisał o prawach polskich: „Ogólnego zbioru praw nie ma, a konstytucje i rozporządzenia często są ze sobą sprzeczne. A jest ich tak wiele, że przy najpilniejszym badaniu przejrzeć ich niepodobna wszystkich i pojąć ich znaczenia. Co za doskonała dla sędziów i asesorów wymówka, gdy nienawykli do pracy poważnej, niewiele się o te prawa troszczą, jak szerokie pole dla szykan i pieniactwa rzeczników…”.

 

Jan Lubos

Tekst jest fragmentem pracy Jana Lubosa opublikowanej w ramach cyklu „Śląsko-polska historia okiem Ślązaka” na portalu rybnickiego tygodnika „Nowiny”. Link do całości: http://www.nowiny.rybnik.pl/artykul,44881,slasko-polska-historia-okiem-slazaka-czesc-iii.html

Śląskie tropy w „Hołdzie pruskim” Matejki

Najsłynniejszy polski malarz scen narodowo-podniosło-patetycznych, pan Jan Matejko, a właściwie Matějka, syn Františka Matějki spod Hradca Králové, wśród wielu innych popełnił był również obraz przedstawiający akt założycielski księstwa Prus, które jak wiemy z czasem stało się Królestwem Prus, a potem zdominowało inne, głównie północne państwa niemieckie, by utworzyć kolejną inkarnację Cesarstwa Niemieckiego, nazwaną później II Rzeszą.

hołd_puski_matejko.jpg

Obraz ten to namalowany w 1882 r., a przedstawiający uroczystość odprawioną na krakowskim rynku 10. kwietnia 1525 r. „Hołd pruski”. W centralnej części płótna mamy siedzącego na tronie twórcę nowych, książęcych Prus, przekazującego akurat swojemu świeżo upieczonemu lennikowi chorągiew z nadanym przez siebie herbem. Herb znamy wszyscy, bo wiele lat później, po dodaniu berła i jabłka, stał się ten czarny orzeł Hohenzollernów herbem Królestwa Prus.

002_Sigismundus
Król Polski i Wielki Książę Litwy Zygmunt I wraz ze swoją włoską żoną Boną Sforza

Ów twórca to król Polski i wielki książę Litwy Zygmunt I Stary. U stóp królewskich klęczy Albrecht Hohenzollern, do niedawna katolicki zakonnik i wielki mistrz Zakonu Krzyżackiego, ale w chwili uchwyconej na obrazie – świecki już książę Prus, do tego luteranin. Prywatnie zaś siostrzeniec króla Zygmunta. Nie on jeden, bo przed wujem, za plecami swojego brata stoi trzymając w dłoni kapelusz drugi siostrzeniec króla – Jerzy Hohenzollern, margrabia brandenburski, a jednocześnie spadkobierca księcia Jana II Dobrego, Piasta śląskiego z linii opolsko-raciborskiej, a tym samym pan Bytomia, Tarnowskich Gór i całego księstwa opolsko-raciborskiego. Upamiętniony niegdyś na elewacji tarnogórskiego ratusza posągiem ustąpił Jerzy miejsca w latach pięćdziesiątych XX w. figurze gwarka, niedopasowanej co prawda do otoczenia kolorystycznie, stylistycznie i merytorycznie, ale za to w pełni zgodnej z nacjonalistyczną, polonocentryczną narracją historyczną zaimplementowaną już w międzywojniu, w PRL-u dodatkowo ubogaconą wątkiem walki klasowej.

003_Albrecht.jpg
Albrecht w odsłonie już poklasztornej, a książęcej. Strit, jak się wydaje, ten sam co wcześniej

Albrecht i Jerzy mieli jeszcze starszego brata, który jednakże nie pojawił się na imprezie, nie ma go więc i na obrazie – Kazimierza Hohenzollerna. Kazimierz imię otrzymał po dziadku swoim, a jednocześnie tacie Zygmunta Starego – Kazimierzu IV Jagiellończyku, królu Polski i wielkim księciu Litwy.

Stojący za Jerzym starszy pan dotykający pruskiej chorągwi to zaufany Albrechta i członek jego ekipy, książę legnicki, brzeski, ścinawski i głogowski Fryderyk II Legnicki. Piast śląski, skoligacony z Jagiellonami wielopłaszczyznowo, szwagier zarówno siedzącego na tronie króla Zygmunta Starego, jak również klęczącego przed tronem Albrechta. Jak to możliwe? Ano szwagrem polskiego króla stał się legnicki Fryderyk poprzez poślubienie jego siostry, zaś szwagrem księcia Prus przez poślubienie z kolei jego siostry po śmierci pierwszej żony. Jako że siostra Albrechta była – jak i on – dzieckiem siostry Zygmunta, drugi ożenek uczynił Fryderyka zięciem siostry i Zygmunta I Starego, i pierwszej żony legniczanina. Tak bywa, gdy poślubi się siostrzenicę swej poprzedniej żony.

Fryderyk II legnicki
Fryderyk II Legnicki

To właśnie szacowne brandenbursko-frankońsko-prusko-śląsko-polsko-litewskie grono, powiązane ze sobą więzami rodzinnymi wielopoziomowo, wszechstronnie i wielokrotnie uwiecznił w chwili powoływania do życia pruskiego państwa syn czeskiego chłopa w polskim Krakowie.

 

Tekst niniejszy, mojego autorstwa, ukazał się pierwotnie na śląskim portalu wachtyrz.eu. Jest to przedsięwzięcie ważne i doniosłe, które wspieram, bo robią dobrą robotę. Z braku większych środków finansowych postanowiłem wspierać ich tekstami, tym bardziej że im się akurat spodobały, co niezwykle mnie cieszy. Was natomiast zachęcam do choć drobnego wsparcia ich dzieła, czy to poprzez proste przekazanie im środków finansowych, czy przez zakup ciekawych pozycji w sklepie www.silesiaprogress.com, czy też zwykłe czytanie treści publikowanych na ich portalu.

Pionier światowej elektroakustyki z tarnogórskiego Karłuszowca

W trakcie II. wojny światowej doświadczony elektronik i major amerykańskiej armii John Mullin zwany Jackiem wysłany został do Wielkiej Brytanii, gdzie jako oficer korpusu łączności rozwiązywał problemy z zakłóceniami radiowymi wywoływanymi przez instalacje radarowe. Jack miał ledwie trzydzieści lat, nie oszczędzał się w robocie, a tyrając po nocach słuchał radia. Miejscowego, ale i niemieckim, zza Kanału nie pogardził. Zastanowiła go niezwykła nocna aktywność niemieckich filharmoników, bo nadawana w radio muzyka brzmiała świetnie, czysto, bez większych szumów – czyli na pewno nie jak odtwarzana z nagrania, bo ówczesne nagrania pozostawiały bardzo wiele do życzenia.

Wkrótce po wyzwoleniu Paryża przez aliantów, jednostka w której służył Mullin skierowana została na kontynent, by rozpracowywać, dokumentować i przygotowywać do wysyłki do USA przechwycony niemiecki sprzęt elektroniczny. Pewnego dnia wracając z misji wgłąb niemieckiego terytorium, Mullin za namową towarzyszącego mu brytyjskiego oficera zamiast pojechać wprost do Paryża zdecydował się na wypad do położonego 30 kilometrów na północ od Frankfurtu Bad Nauheim, gdzie w starym zamku do obejrzenia była stacja nadawcza Radia Frankfurt przeniesiona tam wcześniej z miasta w obawie przed alianckimi nalotami. W rozgłośni niemiecki sierżant zademonstrował swym świeżo upieczonym okupantom cudo o nazwie magnetofon szpulowy, konkretnie AEG Magnetophon K4. Magnetofon wiele nie różnił się od szpulowców, które moi rówieśnicy mgliście pamiętają z dzieciństwa w końcówce lat 80-tych, acz na Mullinie prezentacja jego możliwości zrobiła ogromne wrażenie i ostatecznie przekonała, że filharmonicy berlińscy, czy tam monachijscy, nie siedzą jednak po nocach w rozgłośni.

AEG_Magnetophon_K4_1939.jpg
AEG Magnetophon K4

Zaawansowany magnetofon rejestrujący dźwięk na taśmie magnetycznej z wykorzystaniem AC biasu wykorzystywany był w transmisji radiowej w Niemczech podczas wojny powszechnie. Mullinowi zaś, jako znawcy tematu i pasjonatowi, podczas prezentacji w Bad Nauheim opadła szczęka i – jak twierdzi – gdyby nie okoliczności, nie byłby w stanie stwierdzić czy słucha występu na żywo, czy nagrania. W swoich późniejszych wypowiedziach Jack wspomina, że nigdzie w Niemczech nie napotkał żadnej oficjalnej informacji potwierdzającej istnienie tego sprzętu, a ludzie przygotowujący audycje radiowe w sposób oczywisty nie zdawali sobie sprawy z jego znaczenia i wartości. Żartuje nawet, że „przyczyną, dla której nic nie wiedzieliśmy o istnieniu magnetofonu było prawdopodobnie to, że Niemcy nie zatroszczyli się o sklasyfikowanie go jako ściśle tajnego”.

Jak narodziła się technologia nagrywania dźwięku na taśmie magnetycznej z jakością, która zadziwiła Mullina? Otóż głowice urządzeń rejestrujących dźwięk na taśmie magnetycznej do końca lat 30-tych zasilane były prądem stałym, a technologia ta miała spory minus w postaci ogromnych szumów w tle. Sytuacja uległa zmianie dopiero latem 1940 r. dzięki zespołowi badawczemu laboratoriów elektroakustycznych RRG (Reichs-Rundfunk-Gesellschaft), w skład którego wchodzili dr Hans Joachim von Braunmühl oraz dr Walter Weber. Wszystko odbyło się przez przypadek, von Braunmühl i Weber szukali błędu w głowicy magnetofonu K3, która miała tendencję do przechodzenia w wysokie częstotliwości. Uważano to za zjawisko niepożądane, niespodziewanie przyniosło jednak ogromną poprawę jakości rejestrowanego przez głowicę dźwięku. Von Braunmühl i Weber nie byli pierwszymi badaczami, którzy zaobserwowali to zjawisko, ale oni właśnie jako pierwsi rozpoznali niesamowity potencjał tego odkrycia, niezwykle szybko i efektywnie wykorzystali je w praktyce, czyniąc wkrótce dostępnym dla szerokiego grona użytkowników.

carlshof
Fragment budynku pałacowego położonego na skraju obszaru dworskiego Carlshof (dziś Karłuszowiec)

Hans Joachim von Braunmühl interesuje nas nieporównanie bardziej od Webera i już tłumaczę dlaczego. Otóż Hans urodził się 13. września 1900 r. w rodzinie leśniczego Edlera von Braunmühl i jego żony, tarnogórzanki Marty z. d. Klaus. Dom rodzinny Braunmühla znajdował się na terenie obszaru dworskiego Carlshof, administracyjnie wyłączonego wówczas z miasta, dziś będącego częścią centrum Tarnowskich Gór zwaną Karłuszowcem. To tu, na tyłach pałacu, w dawnym ogrodzie folwarku, schronienie znalazło Starostwo reaktywowanego po latach powiatu tarnogórskiego, gdy okazało się, że rezydujący w historycznym budynku Starostwa przy obecnej ul. Sienkiewicza Urząd Miasta ani myśli się wynosić.

Hans ukończył najprawdopodobniej położone całkiem niedaleko od domu Królewskie Gimnazjum Realne (obecnie LO im. Staszica), po czym w roku 1918 wyjechał na studia do Wrocławia. Na Uniwersytecie Wrocławskim studiował fizykę, a następnie – jak prawdziwy człowiek renesansu – historię sztuki w Monachium. W 1926 r. uzyskał stopień doktora fizyki na podstawie rozprawy o związku temperatury ze stałą dielektryczną gazów. Początkowo pracował w firmie Siemens & Halske, a od 1930 r. w Reichs-Rundfunk-Gesellschaft, gdzie został szefem laboratorium elektroakustycznego. Do pomocy ściągnął sobie z poprzedniej firmy właśnie wspomnianego już wcześniej Waltera Webera.

Razem opatentowali odkrytą przypadkiem metodę rejestracji dźwięku z wykorzystaniem prądu zmiennego wysokiej częstotliwości i sprzedali patent AEG. Niedługo później opatentowali również pierwszy pojemnościowy mikrofon kierunkowy. Z Weberem i bez Webera opublikował nasz zdolny inżynier szereg prac naukowych z dziedziny akustyki. Po wojnie, jak w przypadku wielu innych naukowców, jego wiedzę i talent zagospodarowali alianci. Pracował w londyńskim laboratorium, by po kilku latach wrócić do Niemiec, gdzie od 1958 do przejścia na emeryturę szefował Centralnej Grupie Rozwoju i Pomiarów Rozgłośni Południowo-Zachodniej (Südwestfunk). Zmarł w Baden-Baden 19. kwietnia 1980 roku, tam też jest pochowany.

Braunmühl
Nagrobek doktora Braunmühla na cmentarzu w Baden-Baden

Górnośląska Szkoła Górnicza w Tarnowskich Górach

Tarnowskie Góry były najważniejszym, a przez długi czas jedynym na Górnym Śląsku ośrodkiem szkolenia kadr dla górnictwa. Tutejsza Szkoła Górnicza miała raz z górki, raz pod górkę, przetrwała jednak 142 lata, z czego ostatnie 20 lat „na wygnaniu” w Pyskowicach. Na ironię, początek końca szkoły i w ogóle szkolnictwa górniczego w Tarnowskich Górach nastąpił ledwie kilka lat po tym, gdy szkoła przeżywała apogeum rozkwitu kształcąc rekordową liczbę uczniów. Punktem zwrotnym była zmiana przynależności państwowej, po której wkrótce nastąpił podział szkoły na część polską i część niemiecką. Niewiele później władze polskie zmusiły część niemiecką do wyniesienia się z miasta, dla polskiej zaś części przewidziały jeszcze kilka lat istnienia i szlus.

!BERGSCH_3

Renesans górnictwa

Przejście całego niemal Śląska spod panowania Habsburgów pod panowanie Hohenzollernów stało się początkiem odrodzenia ożywionej działalności przemysłowej w regionie, co w szczególności dotyczyło górnictwa. Państwo Fryderyka Wielkiego bez wątpienia dysponowało pomysłem na Śląsk, kilkoma utalentowanymi wizjonerami oraz całą armią doświadczonych fachowców wykształconych w bardziej rozwiniętych gospodarczo regionach kraju. Fryderyk zabrał się do sprawy metodycznie i z rozmysłem, dając śląskiemu górnictwu solidną podstawę i potężny impuls do rozwoju już kilka lat po zakończeniu ostatniej z wojen śląskich: w czerwcu 1769 r. w życie weszło nowe Prawo górnicze („Revidirte Berg-Ordnung vor das souveraine Herzogthum Schlesien und die Grafschaft Glatz”). Już 3. grudnia tego samego roku utworzony został Królewski Wyższy Urząd Górniczy z siedzibą w Reichenstein.

Edukacja na poziomie elementarnym

Szybko zdano sobie sprawę z faktu, że dla właściwego rozwoju konieczne będzie stworzenie na miejscu bazy wyszkolonych fachowców, i że trzeba to będzie realizować kompleksowo, od podstaw. Zaczęto więc od edukacji na poziomie elementarnym. Środki finansowe pozwalające na utworzenie pierwszych Szkół Ludowych wyasygnowała utworzona w 1769 r. Spółka Bracka, która przejęła od gwarectw zadania socjalne. Dołożyły się też poszczególne kopalnie, które zadysponowały na ten cel środki z nadwyżek finansowych. Pierwszych kilka szkół powstało na Dolnym Śląsku, jako że na Śląsku Górnym w tym czasie górnictwo dopiero zbierało się do reaktywacji. Pieniędzy było zbyt mało w stosunku do zamierzeń, ale i na to znalazła się rada. Wydany dnia 29.10.1778 r. dekret wprowadzał dla każdego górnika dwie dodatkowe szychty w miesiącu, z których dochód trafiał na odpowiedni fundusz celowy Spółki Brackiej. Celem nadrzędnym było dochowanie się w stosunkowo niedługim czasie pracowników rozgarniętych, rzetelnych, potrafiących czytać i pisać – ogólnie rzecz ujmując: wykształconych. Wszystko to przy założeniu nieodpłatności nauki.

Dwie dekady później regulacje te zaczęły obowiązywać również na Górnym Śląsku. Szkoły Ludowe pojawiły się wtedy w Strzybnicy koło Tarnowskich Gór (Friedrichshütte), Królewskiej Hucie (Königshütte), Gliwicach, Ozimku (Malapane) oraz przy Hucie Kluczborskiej (Kreuzburgerhütte) we wsi Friedrichsthal koło Kluczborka. Szkołom zapewniono infrastrukturę mieszkalną dla rodzin urzędników i nauczycieli. Do tych pięciu szkół uczęszczało w 1811 roku w sumie 303 dzieci, zaś 171 dzieci uczyło się w siedmiu innych szkołach na terenie Górnego Śląska. Od 1857 roku dotowanie działalności szkół górnośląskich przypadło w udziale Górnośląskiej Spółce Brackiej z siedzibą w Tarnowskich Górach powstałej z podziału Spółki Brackiej na dwie niezależne instytucje: dolnośląską i górnośląską. W 1888 roku finansowanie edukacji na poziomie szkół ludowych przejęte zostało przez państwo.

KREUZBURGER
Huta Kluczborska (Kreuzburgerhütte)

 

Pierwsza inkarnacja Szkoły Górniczej w Tarnowskich Górach

Znaczna część specjalistów górniczych została na Górny Śląsk ściągnięta ze szczycącego się wielowiekową tradycją wydobywczą zagłębia w Górach Harzu. Niezwykła dynamika rozwoju przemysłu wydobywczego sprawiła, że zapotrzebowanie na fachowców wciąż rosło, wkrótce więc konieczne stało się wykształcenie własnych specjalistów, rekrutujących się spośród okolicznej młodzieży. Młodych górników oczywiście przyuczano do zawodu już wcześniej, ale było to szkolenie mało usystematyzowane. Wyglądało tak, że młodzi najpierw jako praktykanci górniczy (Bergburschen) poznać musieli od strony praktycznej wszystkie niezbędne prace realizowane w wyrobisku. Jeżeli udało im się opanować tę wiedzę w wystarczającym stopniu, przydzielani byli doświadczonemu górnikowi w charakterze asystenta. Przedstawiciele nadzoru górniczego, oprócz realizowania swoich zwykłych obowiązków, musieli więc troszczyć się dodatkowo o przekazanie swoim uczniom wiedzy teoretycznej. Nie otrzymywali jednakże za tę dodatkową pracę wynagrodzenia.

Zarządzeniem Wyższego Urzędu Górniczego z 6. stycznia 1803 r. powołano dwa ośrodki doskonalenia zawodowego: w Tarnowskich Górach i Królewskiej Hucie, umożliwiając młodym górnikom pobieranie lekcji czytania, pisania i rachunków poza czasem pracy. Nieco później zestaw przedmiotów poszerzony został o lekcje kierunkowej matematyki, fizyki i mineralogii. W roku 1803 kształciło się w ten sposób w Tarnowskich Górach 12 uczniów. Lekcje, w wymiarze 4 godzin tygodniowo, odbywały się w budynku Urzędu Górniczego. Jako że jakiekolwiek wynagrodzenie dla nauczycieli pozostawało póki co nadal w odległej perspektywie, kadra nauczycielska nie wykazywała szczególnego zapału do tej dodatkowej aktywności i już w 1805 r. nauczanie w Królewskiej Hucie zostało wstrzymane. Ale i w Tarnowskich Górach regularność świadczenia usług edukacyjnych pozostawiała wiele do życzenia, a wkrótce z uwagi na działania wojenne – a z państwem pruskim bywało momentami naprawdę krucho – fundusze dla szkoły jeszcze bardziej ograniczono. W 1809 r. lekcje przeniosły się nawet do prywatnych mieszkań nauczycieli, a w 1811 r. cały ciężar edukowania młodzieży wziął na siebie jeden człowiek, nadsztygar Johann Stroh. Ten wyjątkowo oddany sprawie nauczyciel podzielił uczniów na dwie klasy, a jego zaangażowanie doprowadziło do widocznej poprawy jakości kształcenia. Fakt ten dostrzeżony został również przez Wyższy Urząd Górniczy. Wraz z nagłą śmiercią Stroha we wrześniu 1822 r. nauczanie w Tarnowskich Górach zostało wstrzymane, a w kolejnych latach odbywały się od czasu do czasu jedynie lekcje z kreślenia oraz technik pomiarowych prowadzone dorywczo przez geodetę górniczego (mierniczego) – pana Giehne o nieznanym mi imieniu.

Drugie życie Szkoły Górniczej

Powojenne wielkie ożywienie gospodarcze w górnośląskim górnictwie spowodowało, że reorganizacja systemu szkolenia zawodowego stała się nieunikniona. Opracowaniem koncepcji kształcenia zajął się człowiek niezwykle kreatywny i wszechstronnie utalentowany Rudolf von Carnall. Nauczanie miało odbywać się w dwóch klasach, z których niższa kształcić miała jedynie na stopień sztygara, do wyższej natomiast kierowani byliby wyróżniający się uczniowie tej pierwszej, przewidziani w przyszłości na urzędników nadzoru górniczego – nadsztygarów, mistrzów zmianowych, przysięgłych górniczych, dozorców kopalni, geodetów górniczych. Ministerstwo przystało na tę propozycję, rozpoczęto więc wynajmowanie pomieszczeń i zakup niezbędnych przyborów. Szkoła otwarta została 28. stycznia 1839 r., stanowisko dyrektora objął mianowany w tym samym roku Górmistrzem von Carnall. Lekcje odbywały się po pracy, popołudniami, po cztery godziny przez sześć dni w tygodniu. Warunkiem przyjęcia do szkoły było przepracowanie w kopalni przynajmniej jednego roku. Deficyt wykwalifikowanych sztygarów był tymczasem tak wielki, że w latach 1840-42 konieczne stało się uruchomienie dodatkowej, specjalnej klasy. Uczniowie tej klasy zwolnieni byli z pracy przez dwa dni w tygodniu, kiedy to zajmowali się wyłącznie nauką. Zajęcia odbywały się w budynku udostępnionym przez tarnogórską kopalnię Fryderyk.

!BERGSCH_2
Kopalnia „Fryderyk” (Friedrichsgrube), Tarnowskie Góry

 

Zastrzyk gotówki i kolejne zmiany

Kiedy w 1844 r. Rudolf von Carnall przeniesiony został na stanowisko asesora w Wyższym Urzędzie Górniczym w Bonn, kształcenie znowu zaczęło szwankować. W grudniu 1850 r. naukę w szkole zawieszono do września następnego roku. Dopiero znaczne zwiększenie środków finansowych wygospodarowanych z Górnośląskiej Kasy Pomocy dla Górnictwa Węglowego w 1854 r. pozwoliło na nowo uporządkować plan kształcenia i powiększyć liczbę uczniów. 10. października 1855 r. zakupiono wreszcie dla szkoły odrębny budynek – to obiekt znajdujący się obecnie pod adresem Gliwicka 25. Po przeprowadzeniu adaptacji obiektu do celów szkolnych, 1. kwietnia 1857 r. otwarty został nowy kurs kształcenia z 42 uczniami. Od tego momentu uczniowie szkoły nie brali udziału w pracy kopalni, poświęcając się wyłącznie kształceniu. Tygodniowa liczba godzin zwiększona została do 48. Nauka w jednej klasie trwała dwa lata.

30624090_1636651226388353_2729299580276441088_o
Pierwsza własna siedziba szkoły, widok współczesny

Kolejny boom w górnośląskim górnictwie, po roku 1870 sprawił, że konieczne stało się odejście od tego modelu kształcenia. Ale nie tylko to. Planowano podzielić naukę na dwie niezależne klasy, w których edukacja trwałaby po jednym roku, zaś warunkiem przyjęcia do szkoły uczynić posiadanie wykształcenia na poziomie elementarnym, czyli uzyskanie wcześniej promocji do szkoły średniej. Po długich negocjacjach z Wyższym Urzędem Górniczym ostatecznie zarzucono ten pomysł, zaostrzono za to warunek wstępny dotyczący wymaganego stażu pracy. Zatem od roku szkolnego 1874, by rozpocząć naukę należało przepracować minimum dwa lata na kopalni, z czego przynajmniej pół roku jako górnik przodowy. Liczbę godzin nauki w tygodniu ustalono na poziomie 36. Ponadto zrezygnowano z przyznawania bezzwrotnych stypendiów, zamiast tego zaczęto udzielać nieoprocentowanych pożyczek. Nie dotyczyło to jedynie uczniów będących pracownikami górnośląskich kopalń należących do państwa, dla których stypendia pozostały na dotychczasowych zasadach. I tak w 1889 roku dwudziestu uczniom przyznano pożyczki w wysokości 450 marek miesięcznie, a 150-markowe stypendia pobierało dziesięciu uczniów. Zajęcia nie odbywały się jedynie przez miesiąc w okresie letnim i przez 14 dni ferii wielkanocnych.

Schachthüte551e926dd0c85-1024x455
Górnicze nakrycia głowy. Od lewej: górnik (Królestwo Prus), sztygar (Królestwo Prus, przed 1934), sztygar (Górny Śląsk, po 1945), uczeń szkoły górniczej

 

Przeprowadzka

Rok 1892 przyniósł przeprowadzkę do nowego budynku szkoły przy Carlshoferstraße. Dziś jest to budynek Zespołu Szkół Gastronomiczno-Hotelarskich przy skrzyżowaniu ulic Miarki i Legionów. Od 1874 kierował szkołą dr Leo Geisenheimer, zastąpiony w 1899 roku na tym stanowisku przez profesora Albrechta Schwidtala. W związku ze zwiększonym zapotrzebowaniem na specjalistów górniczych, z początkiem roku szkolnego 1900 zwiększono ilość klas do czterech, w 1910 r. – do pięciu, a w 1918 r. – do sześciu klas. Odtąd do tarnogórskiej Szkoły Górniczej uczęszczało blisko 200 uczniów.

!BERGSCH_1
Drugi i ostatni budynek Szkoły Górniczej w Tarnowskich Górach

 

Początek końca

Pomimo iż mieszkańcy Tarnowskich Gór w głosowaniu plebiscytowym w 1921 r. opowiedzieli się w większości za pozostaniem miasta w państwie niemieckim, w wyniku polskiej akcji zbrojnej i wymuszonej nią arbitralnej decyzji mocarstw-zwycięzców wojny światowej, miasto wcielone zostało do państwa polskiego. Początkowo działalność szkoły przebiegała dotychczasowym trybem, poza tym że profesor Schwidtal zmuszony został do przeniesienia się do Wrocławia, a zastąpił go asesor Urzędu Górniczego Hans Fromm. Jednakże w styczniu 1924 r. nastąpił podział szkoły na część niemiecką podlegającą Zjednoczeniu Przemysłu Górniczo-Hutniczego (Berg- und Hüttenmännischen Verein) w Gliwicach oraz część polską podporządkowaną Górnośląskiemu Związkowi Przemysłowców z siedzibą w Katowicach. Obie szkoły działały w tym samym budynku, ale tylko przez pół roku, do czasu gdy polskie władze zarządziły, iż nauka ma odbywać się tylko w języku polskim. Niedługo później polskie państwo całkowicie zlikwidowało Szkołę Górniczą w Tarnowskich Górach, a nową uruchomiło w Katowicach. Polską częścią od 1924 r. do jej zamknięcia w 1933 r. zarządzał inżynier Feliks Piestrak.

!SCHWIDTAL_11
Dyrektor Albrecht Schwidtal

 

„Na wygnaniu” w Pyskowicach

Ponieważ jednak pozostałe przy państwie niemieckim 14 kopalń musiało mieć szkołę górniczą, wykupiono zabudowania po zlikwidowanym Królewskim Seminarium Nauczycielskim w Pyskowicach (obecnie Zespół Szkół im. M. Konopnickiej) i od grudnia 1924 r. szkoła rozpoczęła działalność w nowej lokalizacji, choć na znacznie skromniejszą skalę. W 1926 roku szkołę przejęło nowo utworzone Górnośląskie Towarzystwo Szkolnictwa Górniczego (Oberschlesische Bergschulverein) i do 1934 r. prowadzona była przez znanego geologa, dyrektora kilku kopalń należących do von Donnersmarcków, doktora Arno von Oheimb. Po nim, do 1939 r. szkołą kierował profesor Marx, zaś ostatnim dyrektorem został inżynier Josef Mattheus. Podczas II wojny światowej obszar górniczy objęty właściwością szkoły rozszerzył się ponownie na sporą część Górnego Śląska, a nawet morawską Ostravę, utworzono placówki terenowe w Katowicach, Bytomiu i Orłowej na Śląsku Cieszyńskim. W planach było jeszcze uruchomienie Szkoły Inżynieryjnej w Bytomiu, ale zajęcie Pyskowic przez Armię Czerwoną w styczniu 1945 r. ostatecznie zakończyło długą tradycję Szkoły Górniczej, tarnogórskiej choć w schyłkowym okresie również pyskowickiej.

Pyskowice_Zespół_Szkół_im._M._Konopnickiej_IMG0826
Siedziba szkoły górniczej w Pyskowicach, widok współczesny

 

Ślady po szkole

Śladem po tarnogórskiej szkole są oczywiście dwa budynki: starszy przy ulicy Gliwickiej i nowszy przy ulicy Miarki, ale w odległym Bochum na ścianie Politechniki Górniczej znajduje się tablica o treści: „Poświęca się pamięci wszystkich byłych nauczycieli i uczniów Górnośląskiej Szkoły Górniczej z Tarnowskich Gór – Pyskowic”. Nie widziałem niestety, w Bochum byłem kilkakrotnie, choć nigdy na politechnice, podaję więc informację za Walentym Moschem.

W Tarnowskich Górach natomiast fundatorzy tablicy pamiątkowej znajdującej się na ścianie budynku przy ul. Miarki byli znacznie bardziej lakoniczni ograniczając się do podania informacji, że „w tym budynku mieściła się szkoła górnicza”. Ale to tylko pierwsze zdanie, bo jest jeszcze drugie, w którym upamiętniono jednego z dyrektorów. Z całych 130 lat tarnogórskiej historii szkoły, a ponad czterdziestu lat historii szkoły w tym konkretnym budynku wybór padł na dyrektora, który pełnił swoje obowiązki od podziału szkoły w 1924 r. do likwidacji jej polskiej części w 1933 r. Czyli pana zarządzającego schyłkową formą istnienia szkoły – człowieka, który gasił światło. Bo ostatni, jak wiadomo, gasi światło.

b.800.1000.16777215.0.stories.montes_31.63-Tablica-poleglych-Szkola

W środku jest jeszcze odnaleziona przez pana Romana Gatysa i przywrócona budynkowi przez dobrych ludzi w 2011 r. tablica upamiętniająca poległych w I wojnie światowej uczniów Szkoły Górniczej.